Montaña Blanca. Coraz bliżej nieba.

Jeszcze tylko kilka kroków, ostatnia prosta na szczyt. Tym razem to nie oksymoron.  Zazwyczaj te kilka chwil przed szczytem to wspinaczka, wysiłek,pot, przekleństwa pod nosem. Nie tym razem. Łagodna ścieżka wije się pośród wulkanicznych pagórków i prowadzi wprost do usypanego z kamieni kopczyka. 2748 m. n.p.m. Wyżej jeszcze nie byłam! Siadam na ziemi i patrzę prosto w słońce. Słońce wydaje się dużo większe  i jaśniejsze niż na poziomie morza, gdzie byłam jeszcze kilka godzin wcześniej.

DSCN8019

Jestem przeciwna zaliczaniu szczytów na akord, zamiast kolejnej odhaczonej nazwy w portfolio liczą się kolory, wrażenia, radość z przebywania w górach, cisza i samotność na leśnych ścieżkach. Ale kiedy pojawia się perspektywa wejścia na 2748 m, małym kosztem, bez jakichkolwiek trudności, w kilka godzin – nie sposób się opanować. Montaña Blanca to taki pagór przyklejony do wulkanu Teide, góra ani wybitna ani spektakularna, ani wymagająca. Góra wyższa niż Gerlach. Pobić swój prywatny rekord wysokości – pokusa nie do odparcia!

DSCN8007

A więc nie okłamujmy się – takie motywy mną kierowały, kiedy w listopadowy sobotni poranek wsiadałam do autobusu 342 jadącego w stronę Parku Narodowego Teide. Na dworcu bawię się w samozwańczą informację turystyczną, udzielając porad przypadkowym turystom, jakie szlaki trekkingowe wybrać. Potem już tylko przez 1,5 godziny patrzę jak krajobraz zmienia się za szybami autobusu – najpierw suche południe, potem piniowe lasy, aż wreszcie widok, który zachwycił mnie kilka lat temu – księżycowy płaskowyż z wystrzelającym w niebo wulkanem.

11.20 czasu lokalnego – wysiadam na przystanku Montaña Blanca, po północno- wschodniej stronie Teide.  Górka jest dziecinnie prosta, spacer szutrową drogą, ale poprzednie wizyty w parku narodowym nauczyły mnie, że tu długości na mapie niesamowicie się wydłużają. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Jako, że ostatnio naczytałam się książek o Evereście i wyprawach w góry wysokie, wyznaczam sobie godzinę, kiedy, nieważne gdzie będę, muszę zacząć schodzić. Nie będę jednak uciekać przed nocą i ekstremalnymi warunkami atmosferycznymi, muszę po prostu zdążyć na ostatni i zarazem jednyny autobus do cywilizacji.

DSCN7966

Gdybym dziś miała zdobywać Teide,to byłby wymarzony dzień.Ciepło,ale nie gorąco; lekki orzeźwiający wiatr,czyste niebo,dobra forma;-) Ale dziś nie był ten dzień…Zamiast tego uparcie i systematycznie, krok za krokiem prę na szczyt. Idę przez pustynię. Patrzę na północ, ale zamiast nowych, nieznanych krajobrazów – morze chmur. Mogę się tylko domyślać, jak fatalna pogoda jest na dole.

DSCN8038

Teide cały czas chowa się za piaskowymi wzgórzami. Trasa bez fajerwerków, a nawet dość nudna.Żeby zaoszczędzić czas, nie bacząc na znaki parku narodowego, tnę na przełaj skrótami. Małe kamyczki osuwają się spod butów, zwłaszcza na bardziej stronych odcinkach – to właściwie jedyna trudność. Jestem całkiem sama na szlaku, choć po pewnym czasie mijają mnie zbiegający z góry biegacze.

 

Wreszcie dochodzę do rozgałęzienia szlaków. Prosta, łagodna droga prowadzi na Montana Blanca, a wijąca się stromym zboczem ścieżka do schroniska Altavista położonego na 3200, a potem dalej, na wymarzony szczyt Teide. Serce wyrywa się w stronę wulkanu, ale rozum prowadzi mnie prostą ścieżką na łagodną kopułę białej góry.

Tenefyfa

Jeszcze tylko kilka kroków, ostatnia prosta na szczyt. Siadam na ziemi, gapię się w słońce i tracę poczucie czasu. Absolutna cisza. Samotność. Nie wiedzieć czemu, w głowie gra mi kawałek Air :

All I need is a little time
To get behind this sun and cast my weight
All I need’s a „peace” of this mind
Then I can celebrate

Pojawia się zupełnie niespodziewanie, taki soundtrack w mojej głowie do tej magicznej chwili  na szczycie. Namacalnie czuję, że jestem bliżej nieba i bliżej słońca niż kiedykolwiek. Mogę tylko sobie wyobrażać, jak czują się wspinacze, którzy wchodzą na góry 2-3 razy wyższe niż skromna góra na Teneryfie.

DSCN8021

Kiedy wreszcie patrzę na zegarek okazuje się, że na szczycie jestem od 45 minut. Siedziałabym tak całą wieczność, ale muszę wracać. Zejście na parking to 1h 20 min spokojnego marszu w dół ( a gdzie niegdzie zjeżdżania po sypkim gruncie).

Schodząc zauważam zupełnie nowe elementy krajobrazu, moją uwagę przykuwa stożkowata góra w pierścieniu szczytów otaczających płaskowyż. Nie spuszczam z niej wzroku i wiem, że kiedyś postaram się na nią wejść.

DSCN8054
następny cel

 

Przy parkingu znajduję naturalny taras widokowy i tam spędzam ostatnie kilkadziesiąt minut. Słońce powoli zniża się nad gigantycznym kraterem i krajobraz traci na ostrości, poszarpane górskie szczyty łagodnieją w złotym świetle. Ja czuję tylko spokój. No i może odrobinę mięśnie ;-)

DSCN8083

Wygląda na to, że Park Narodowy Teide to miejsce, które mnie uspokaja a jednocześnie napełnia pozytywną energią. Prywatny rekord wysokości pobity, ale to nie jest dziś najważniejsze. Liczy się piękny dzień spędzony w górach i słoneczna cisza na szczycie.

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zrobiłam też mały rekonesans szlaku na wulkan. Od rozwidlenia szlaków do schroniska Altavista to już tylko 500 m w pionie, na szczyt tylko kilometr przewyższenia. Bardzo żałuję, że nie mogłam tam wejść, choć byłam tak blisko. Ale widocznie to nie był jeszcze ten dzień….

 

21 uwag do wpisu “Montaña Blanca. Coraz bliżej nieba.

  1. Hej, ach ale zazdroszcze CI tej wyprawy, tak połazic sobie niezobowiązująco koło wulkanu… Ale mam nadzieje ze i na szczyt El Teide tez wejdziesz :)

    Lubię to

  2. Nazwa tej góry ani wulkanu Teide nic mi nie mówiła, dlatego nie od razu skojarzyłam z Teneryfą (dopiero jak te zdjęcia tak mi się spodobały, że musiałam się szybko dowiedzieć gdzie to jest i wpisałam w google). Nie spodziewałabym się ujrzeć takich krajobrazów na tej wyspie! I nie ma to jak olać szlak i iść na przełaj żeby było szybciej :D

    Lubię to

  3. Zdobywanie wysokości? To do ilu byś chciała dojść, albo na jaki szczyt? :)
    Ja najwyżej byłam coś powyżej 5000m, ale nie wiem czy to się liczy, bo po prostu te niektóre miasta i miejsca w Ameryce Południowej tak wysoko są :D

    Lubię to

    1. planu nie mam, po prostu jak się chodzi po górach to chyba apetyt rośnie w miarę jedzenia ;-) i chce się coraz wyżej ;-) Nie żebym miała ciśnienie albo parcie na szkło, ale np w Himalajach są górki trekkingowe 5000-6000. I jak ,czułaś wysokość?

      Lubię to

      1. Za pierwszym razem nie czułam – byłam na 4950 i poza krótkim oddechem tak naprawdę nic. Oczekiwałam więc, że na kolejnych wakacjach będzie tak samo, ale już na 4000m mnie dopadło co oznaczało prawie 3h spaceru z ogromnym bólem głowy i wymiotami. Jeden dzień wykreślony z życiorysu – rano się obudziłam i już było dobrze ;)
        Ale teraz się zastanawiam co będzie kiedyś kolejnym razem.

        Lubię to

      2. hmm, dlatego ja muszę trenować….bo jak kiedys uskładam kasę i uda mi się pojechac w Himalaje, żeby nie okazało się, że choruję ;-) ale wydaje mi się, że częste przebywanie w górach robi swoje, organizm jest bardziej odporny,Słyszałam, że niektórzy jak przyjeżdzają w Tatry z nizn to się „aklimatyzują” ;-)

        Lubię to

      3. Wiesz, żeby było ‚śmieszniej’ to za pierwszym razem kiedy nic mi nie było zrobiłam to bez żadnego przygotowania – chyba przejazd z ok. 2000m na nie pamiętam ile a potem wejście. A przed tym drugim razem… tydzień byłam na 3000+ metrów… a jednak różnica 1000m stanowiła różnicę.
        Następnym razem wezmę wcześniej tabletki – na wszelki wypadek. W Ameryce Łacińskiej bez problemu można było kupić tak zwane ‚soroche pills’, które należy brać wcześniej. Bo, mam nadzieję, że kolejne razy będą – też bym chciała kiedyś uzbierać na Himalaje :)

        Lubię to

  4. Naprawdę świetna sprawa! My też uwielbiamy góry, a wulkaniczne widoki należą do naszych faworytów! Na Teneryfie nie mieliśmy jeszcze okazji wchodzić na żaden wulkan, ale po ostatnim pobycie na wyspach kanaryjskich wiemy że jeszcze tam wrócimy no i zapewne też zahaczymy o to miejsce – naprawdę świetna sprawa! Powodzenia gdy będziesz wchodzić na szczyt!

    Lubię to

  5. Ja ostatnio zdobyłam 3000. Ale niesamowite to było. Słowo „zdobyłam” jest bardzo na wyrost. Po prostu sobie szłam drogą dla jeepów lekko w górę. Szłam i szłam i szłam i po dwóch czy trzech godzinach zobaczyłam tablicę „3000 m n.p.m.”. Nijak się nie czułam, jak w wysokich górach, a ośnieżone szczyty były jeszcze daleko nade mną. No tylko że zimno było ;) (Kazachstan)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s