Granią Niżnych Tatr – wersja dla leniwych


Przejście granią Tatr Niżnych to marzenie wielu górołazów. Żeby pokonać 90 km trzeba 4–5 dni, choć są tacy, którzy trzaskają trasę w 3 (!). Taki mini szlak długodystansowy. Kto regularnie zagląda na bloga, ten wie, że mam dość luźne podejście do długich dystansów i robienia codziennie określonych w przewodniku etapów. Super jest iść przed siebie przez kilka (albo wiele) dni, ale równie fajnie jest zejść w dolinę, modyfikować, zbaczać z trasy, kiedy tylko najdzie mnie taka ochota albo dopadnie zmęczenie. Postanowiłam więc zrobić grań Niżnych Tatr tak jak lubię najbardziej – bez ciśnienia i na pół – gwizdka.

Choć, z tego co pamiętam, na Słowacji chyba jest jakaś cywilizacja, to na wycieczkę spakowałam ze dwa kilo jedzenia; dołożyłam ciuchy na każdą okazję i awaryjny sprzęt do spania na glebie/w szałasie, dlatego plecak osiągnął słuszną wagę około 10-12 kg. Tym razem nie wzięłam namiotu, czego nieraz żałowałam (spanie z obcymi ludźmi w pokoju to dla mnie większa trauma niż samotne marznięcie w namiocie).

plecak na kilka dni załadowany jak na dwa miesiące w Pirenejach ;-)
plecak na kilka dni załadowany jak na dwa miesiące w Pirenejach ;-)

W niedzielę 13 października, punkt siódma zameldowałam się z tym plecakiem w lokalu wyborczym, bo bardzo mi zależało, żeby przed wyjazdem w góry zagłosować w wyborach parlamentarnych (a potem wyłączyć net i nie czytać wiadomości, w myśl zasady – niech się dzieje co chce). Jak zwykle, mój wielki plecak, a także fakt, że wyruszam samotnie wzbudził duże poruszenie: „kobieta? SAMA? Nie boi się Pani?”. Aktualnie, kiedy tylko słyszę takie komentarze i widzę niedowierzanie w oczach napotkanych osób, dowalam z grubej rury: „eee tam, niedawno sama spędziłam sama dwa miesiące w Pirenejach pod namiotem”. Wtedy rozmówcom całkowicie opada szczęka :-D A mi się chce śmiać, bo myślę sobie, że niejeden facet nie dałby rady, ale niestety kobieta samotnie tłukąca się po górach z ciężkim plecakiem to dla niektórych wciąż ewenement i zasługuje na podziw (!).

 Jak ugryźć Niżne Tatry?

Jak wiecie, nie lubię planować, tym razem jednak jakieś minimum planu musiałam mieć. Zachęcona relacjami na znajomych blogach górskich, długo zastanawiałam się, jak ugryźć te Niżne Tatry i nie od razu zdecydowałam się na skrócenie trasy. Jeśli chce się iść granią, jak pan Bóg przykazał, należało by wystartować w Telgarcie i skończyć w Donovalach (albo odwrotnie, z tym, że ta pierwsza opcja jest bardziej popularna).

Grań Niżnych Tatr szlak trekking Kotliska
Niżne Tatry

Takie rozwiązanie ma dwa minusy:

  • po pierwsze – nie da się dojechać autobusem z Krakowa do Telgartu na tyle wcześnie, żeby jeszcze tego samego dnia wyjść na szlak i dojść do Utulni Andrejcowa (ponoć najbardziej klimatyczna miejscówka w całych Tatrach Niżnych), więc konieczny byłby nocleg w Popradzie albo gdzieś po drodze
  • po drugie – wschodnia część pasma jest bardziej dzika, odludna i mniej zagospodarowana; bardzo długo wędruje się lasem, a drugi nocleg wypadłby w Utulni Ramza położonej w lesie (gdzie ponoć dzikie zwierzęta nocą pukają do drzwi). Ludzie mówią, że jestem odważna, jednak tym razem tak się obawiałam niedźwiedzi, że ani nie uśmiechała mi się długa, samotna wędrówka lasem ani nocowanie w chacie, gdzie po zmroku na pewno moja wyobraźnia zaczęłaby kręcić filmy

Wybrałam więc tradycyjne rozwiązanie dla leniwych – zaczynam od przełęczy Čertovica (1238 m npm), która dzieli Niżne Tatry na pół i idę na zachód.  Okazało się, że na przełęcz da się bez problemu dojechać słowackim PKS-em (SAD-em – wyszukiwarka połączeń TU) jeszcze tego samego dnia i przed zmrokiem dojść do Chaty Stefanika. Żeby po zachodzie słońca nie pocałować klamki (na Słowacji raczej nie ma gleby), mailowo zarezerwowałam miejsce w schronisku i kupiłam bilet na porannego Flixbusa z Krakowa. To by było na tyle planowania 😉 Resztę wypadu w Niżne Tatry (a potem Wielką Fatrę) miałam przeżyć zgodnie z zasadą „go with the flow” czyli planowanie na spontanie 😉

mieszkańcy Niżnych Tatr
mieszkańcy Niżnych Tatr

Dzień pierwszy: Čertovica – Chata Stefanika

Z Krakowa do Bańskiej Bystricy wyruszyłam nieco spóźnionym kursem Flixbusa o 8.15. Na miejscu miałam jakieś 40 minut na przesiadkę, więc początkowo nie martwiłam się, że jest poślizg.  Kiedy jednak opóźnienie, zamiast się zmniejszać robiło się coraz większe zaczęłam się nieco stresować. Oczywiście miałam plan awaryjny na taką okoliczność (czyli dojazd do Trangoški i dojście do Chaty Stefanika krótszym szlakiem), ale taka opcja odebrałaby mi przyjemność wędrowania granią pierwszego dnia. Ostatecznie chyba tylko cudem udało mi się zdążyć – na przesiadkę zostało mi jakieś 5 minut i z Flixbusa do SAD-u dotarłam sprintem ;-)

Po godzinie spędzonej w dusznym słowackim autobusie około 13.40 wysiadłam na przełęczy Čertovica, gdzie znajduje się kilka knajp i wreszcie mogłam wypić kawę (rano jakoś nie było czasu). Tradycyjnie miałam obawy, jak będzie mi się szło z załadowanym na maxa plecakiem i średnim tego dnia samopoczuciem; ale szybko okazało się, że wyrypa w Pirenejach i jesienne wycieczki na lekko zaprocentowały kondycją, jakiej chyba jeszcze nigdy nie miałam. A może to słowackie szlakowskazy oszukują 😉

Niżne Tatry grań Certovica
ścieżka biegnie łagodnie w górę, choć widać, ze do celu jeszcze dalekoo

Tak czy siak, pierwsze strome i nieprzyjemne podejście wzdłuż wyciągu narciarskiego poszło mi dosyć sprawnie, choć zadyszka na początku oczywiście była Do pierwszego punktu na mapie – Rovienky dotarłam dużo szybciej niż ustawa przewiduje. To oczywiście pozytywnie wpłynęło na moje morale. Potem było już tylko lepiej.

Tatry Niżne grań szlak jesienią
spojrzenie za siebie, na wschód
Niżne Tatry grań, Certovica , Chata Stefanika
robi się ciekawie

Po pierwszym, dość stromym podejściu szlak wiódł łagodnie granią wśród kosówki, a z każdej strony rozciągały się ciekawe i nieoklepane widoki. Nieoklepane – bo niewyeksploatowane na górskich fejsbukowych grupach do granic możliwości. Na północy właściwie od razu pojawiają się Tatry (i tu widać doskonale, że to jednak malutkie pasmo); przede mną wznosiła się grań z Dumbierem; kiedy się odwracałam, za plecami miałam niższą część Niżnych Tatr z wyróżniającym się wyraźnie stożkiem Kralovej Holi, gdzieś daleko na horyzoncie.

Tatry, chmura i ja ;-)
Tatry, chmura i ja ;-)
Kralova Hola wynurza się z morza chmur
Kralova Hola wynurza się z morza chmur
popołudniowe światło daje radę
popołudniowe światło daje radę

Na grzbiecie byłam całkiem sama, ludzie przeważnie już schodzili do zaparkowanych na przełęczy samochodów, ja natomiast cieszyłam się, że moja słowacka przygoda dopiero się zaczyna; że przez kilka dni będę mogła przebywać z dala od hałaśliwego miasta i niewesołych myśli. Ciepłe popołudniowe jesienne światło potęgowało to uczucie spokoju, które ogarnęło mnie, kiedy tylko wyszłam na szlak.

Niżne Tatry grań szlak jesień
teraz jestem we właściwym miejscu
Niżne Tatry morze chmur
jest pięknie

Szybko jednak przyszedł wiatr, jak to na grani a z nim – ciekawsze warunki fotograficzne. Kiedy Chata Stefanika pojawiła się w zasięgu wzroku chmury zaczęły przelewać się przez grań, a mi zapaliła się lampka w mózgu: „może uda się upolować kolejne Widmo Brockenu!”. Niestety, wydaje mi się, że kiedy się chce złapać widmo, ono, jak na złość się nie pojawia. Dlatego nadal potrzebuję dwóch do kolekcji, żeby zmazać klątwę śmierci w górach :-P

Niżne Tatry grań Dumbier
czy tu czyha Widmo Brockenu?

Do Chaty Stefanika dotarłabym w plus/minus trzy godziny, gdyby nie to, że niemal przed samych schroniskiem postanowiłam się wdrapać na małą górkę (a nuż będzie z niej lepszy widok). To, co zobaczyłam dosłownie wbiło mnie w ziemię.

Niżne Tatry, Chata Stefanika
Chata Stefanika już w zasięgu wzroku, ale ciężko się stąd ruszyć

Wolałabym tam siedzieć, pić herbatę z termosu i kontemplować słońce powoli chowające się w morzu chmur, ale zamiast tego trzaskałam zdjęcia jak opętana – spędziłam tam GODZINĘ i w międzyczasie przemarzłam na kość. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam czegoś tak niesamowitego. Nie potrafię opisać swojego zachwytu, pomieszanego z niedowierzaniem. To co się działo przed moimi oczami wydawało się zbyt piękne, żeby było realne.

Niżne Tatry grań zachód słońca
’cause I’m happy ;-)
Niżne Tatry zachód słońca
wyspy

Kiedy na dodatek w pewnym momencie zobaczyłam wielki pomarańczowy księżyc wschodzący nad Tatrami pomyślałam, że to już jest przegięcie ze strony Matki Natury – przebywający codziennie w betonowej dżungli człowiek może zwariować od nadmiaru wrażeń 😉

pełnia Tatry Niżne
na żywo wrażenie było piorunujące

Do schroniska dotarłam już po zmroku, szczęśliwa i zmarznięta. Chata Stefanika, choć położona dość nisko zdecydowanie ma klimat wysokogórskiego schroniska. Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie – klimatyczna, przytulna jadalnia, czyste prysznice z gorącą wodą i miła obsługa (bez problemu dało się dogadać po polsku, jak prawie wszędzie na Słowacji). Cała przyjemność kosztuje 21 € ze śniadaniem.

Niestety, mimo, że schronisko nie było full, musiałam dzielić pokój z czterema innymi osobami. O zgrozo, niektórzy z nich poszli spać o 21 (!), tymczasem ja, wbrew temu co sobie obiecywałam, odpaliłam internet i chyba do północy klikałam na telefonie komentując na Fejsie aktualne wydarzenia (a potem z nerwów nie mogłam spać). Wychodzi na to, że jedyny sposób, żeby odciąć się od świata na nizinach to brak zasięgu.


W skrócie:
  • dystans: 7,9km
  • suma podejść: 694 m
  • suma zejść: 207 m
  • czas: 3 h plus 1 h na focenie

 

Dzień drugi: Chata Stefanika – Utulna Durkova

W związku z tym, że długo nie mogłam zasnąć, a przecież rano trzeba było zwlec się z łóżka focić wschód słońca, po kolejnej zarwanej nocy wstałam nieprzytomna – choć oczywiście gotowa na wszystkie atrakcje, którymi miały mnie dziś uraczyć Niżne Tatry. Wschód słońca, tradycyjnie był mniej spektakularny niż zachód i jak zwykle zrobił na mnie dużo mniejsze wrażenie. Chyba po prostu bliższy mi jest nieco melancholijny nastrój kończącego się dnia, który już nie wróci, niż wyzwania, które przynosi nowy…

Niżne Tatry,. Chata Stefanika wschód słońca
Dobre rano!

Mimo, że wstałam wcześnie, to jako jedna z ostatnich osób, ok. 8.30 opuściłam schronisko. To poranne grzebanie się wpędza mnie niezmiennie w kompleksy, ale aktualnie nie jestem w stanie nic na to poradzić. Może potrzebuję coacha :-D

new day, new hope?
new day, new hope?
poranne klimaty
poranne klimaty

Po dwóch nieprzespanych nocach i bez kawy byłam całkowicie bez formy, a poznany w schronisku Słowak powiedział, że do Utulni Durkova jest 7 godzin marszu. Szczerze? Nie byłam pewna czy mam siłę tam iść (!). Pomyślałam, że w najgorszym przypadku zejdę w dolinę (jest sporo szlaków do wyboru) albo, o zgrozo, zjadę kolejką spod Chopoka.

Krupowa Hola
Krupowa Hola

Faktycznie, pierwszy etap – dojście do górnej stacji kolejki pod Chopokiem, pokonałam w tempie dość mozolnym. W międzyczasie rozbierałam się z warstw ciuchów, które na sobie miałam (o dziwo, nie wiało i był upał!), a przy życiu trzymała mnie wizja wypicia dobrej kawy na Chopoku. Niestety, kiedy dotarłam do celu zarówno Kamienna Chata jak i restauracja były zamknięte, w okolicach kolejki nie było żywego ducha i tylko hulał wiatr. Mimo to, zrobiłam tam pierwszą (i jedyną) tego dnia dłuższą przerwę i zjadłam drugie śniadanie czyli wczorajszą kanapkę.

Chopok Tatry Niżne szlak
Chopok to ta piramida w środku kadru

Pomimo braku kofeiny we krwi po minięciu średnio atrakcyjnych , zniszczonych przez człowieka okolic Chopoka  humor mi się poprawił. Wyglądało na to, że teraz będzie więcej zejść niż podejść, bo zostawiłam za sobą najwyższe szczyty pasma. Wkrótce też zaczęły się pojawiać przede mną całkiem nowe krajobrazy – jakby żywcem wyjęte z Tatr Zachodnich. Było bezwietrznie, ciepło, cicho i bardzo spokojnie. Jak widać na załączonym obrazku – w zasięgu wzroku nie na nikogo (i tak było prawie przez cały dzień).

Niżne Tatry grań szlak
Tatry Zachodnie?

Z relacji Morgusia pamiętałam, że zejście do Utulni Durkova znajduje się w okolicach Chabenca. Pytanie tylko, który to ten Chabenec. Wydawało się, że przede mną jeszcze mnóstwo męczących podejść. Okazało się jednak, że oglądany z daleka stromy szczyt, z bliska okazuje się dużo łagodniejszy i podejście dużo mniej męczące niż się obawiamy. Ta obserwacja krajobrazu sprowokowała mnie do życiowych refleksji a la Coelho (które jednak zostawię dla siebie :-D).

Kotliska
Kotliska

Ostatnie bardziej męczące podejście to Kotliska, skąd rozciąga się naprawdę piękna panorama. Stąd już rzut beretem do Chabenca – ten niepozorny szczyt oferuje kolejny szał widokowy (zwłaszcza, że słońce było coraz niżej i warunki foto coraz lepsze).

w stronę Chabenca
w stronę Chabenca
na Chabencu
na Chabencu

Do utulni dodreptałam około godziny 16 – czyli zgodnie z planem. Nie chciałam czekać na grani do zachodu słońca, bo obawiałam się, że w chacie będę tłumy i przyjdzie mi spać w jadalni. Tymczasem o 16 jako pierwsza zajęłam sobie dobre strategiczne miejsce na poddaszu koło okna, które mogłam w nocy otworzyć, żeby na mnie wiało. Bo oprócz spania z ludźmi w pokoju, gorsze jest tylko spanie z ludźmi w GORĄCYM i DUSZNYM pomieszczeniu:-P

Chabenec Niżne Tatry panorama
góry aż po horyzont

Czytałam w internetach, że obsługa (właściciele) chatki są dość specyficzni i niezbyt mili, ale ja nic takiego nie zauważyłam. Nie było też imprezy, wszyscy cichutko i grzecznie dosiedzieli do 21 w jadalni sącząc jedno piwo (albo i 5), a potem grzecznie poszli spać. W związku z tym, że zmrok zapada jesienią wcześnie, a ja dopiero wieczorem uzupełniam płyny (na szlaku dość mało piję), miałam okazję kolejny raz  ćwiczyć odwagę – czyli wybrać się po ciemku po wodę do znajdującego się w zaroślach, 200 m od chaty źródła. Niby nic strasznego, ale jak w chatce, na „tablicy informacyjnej” dla turystów jest napisane, że „niedźwiedź chodzi” to zastanawiasz się, czy za chwilę nie wyskoczy z krzaków 😉


W skrócie:
  • dystans: 16,2 km
  • suma podejść: 781 m
  • suma zejść: 895 m
  • czas: 7 h 25 min (w tym półgodzinna przerwa)

Dzień trzeci: Utulna Durkova – Sedlo pod Skalkou – Liptovská Lúžna

Tym razem udało mi się przespać z 7,5 godziny a chrapanie 8 chłopów nie przebiło się przez stopery, które miałam w uszach. W nocy oczywiście otworzyłam sobie okno na oścież, żeby było rześko, a potem przykryłam się puchowym śpiworem. Taka to logika ;-)  Śniadanie zjadłam siedząc na zewnątrz w puchówce i czapce na głowie , podczas gdy wszyscy inni stłoczyli się w ciepłej jadalni.  Mimo wszystko, chyba lubię zimno 😉 (choć mój organizm czasem protestuje, patrz: odmarznięte palce).

Kolejny raz wygrzebałam się z utulni jak ostatnia osoba, tym razem z premedytacją. Już poprzedniego wieczora wymyśliłam, że nie idę granią do końca (z różnych powodów), tylko po kilku godzinach zejdę z grzbietu do wsi Liptovska Luzna (a potem przedostanę się jakoś do wsi leżących u stóp Wielkiej Fatry). Dzisiejsza trasa miała mi zająć tylko około 4 godzin, dlatego nie było sensu się śpieszyć.

Tatry Niżne grań Durkova
i po co tłuc się w Bieszczady? ;-)

Kiedy tylko podeszłam na grzbiet, wiedziałam, że dziś nie ma się co nastawiać na przyjemny spacerek. Przede mną rozpościerały się wielkie przestrzenia z łagodnymi wzgórzami, a wiatr urywał głowę. Wiało tak mocno, że momentami nie dało się iść, czasem mną zarzucało, jakbym do śniadania piła Beherovkę a gdybym położyła kijki na ziemi to pewnie by odleciały. Widoczność też była tego dnia byle jaka, krajobraz wyglądał jakby przydymiony i rozmazany.

widoczność słabiutka
widoczność słabiutka
Słowacja to głównie góry ;-)
Słowacja to głównie góry ;-)

Dziś krajobrazy przypominały Bieszczady, tylko o wiele bardziej rozległe i spektakularne. Szłam grzbietem tylko około 3 godzin, ale wydawało mi się, że idę o wiele dłużej – wszystko przez nierówną walkę z wiatrem. Bardzo się też umęczyłam, a jakiekolwiek przerwy, żeby sobie usiąść, nie wchodziły w grę, bo od razu przemarzłabym do szpiku kości.

Velka Hola
Velka Hola

Gdzieś daleko przed sobą widziałam niezbyt ładny, ale potężny szczyt, który w pierwszej chwili i mojej naiwności wzięłam za jeden ze szczytów Wielkiej Fatry. Wkrótce jednak zorientowałam się, że to Chochula, na którą musiałabym się wdrapać, gdybym chciała kontynuować wędrówkę do Donoval. To dodatkowo mnie zdemotywowało.

Na szerokiej przełęczy pod Skalkou odbiłam na północ żółtym szlakiem, żeby zejść do wsi w dolinie. Było mi trochę szkoda opuszczać grzbiet Niżnych Tatr, ale z drugiej strony kontynuowanie przy takim silnym wietrze to byłaby średnia przyjemność, żeby nie powiedzieć – męka.

gdzieś daleko Chochula, zdecydowanie nie zachęca ;-)
gdzieś daleko Chochula, zdecydowanie nie zachęca ;-)

Paradoksalnie, okazało się, że najgorszym odcinkiem tego dnia było strome i osypujące się zejście na niziny, doprawione strachem przed niedźwiedziami, który pojawił się jak tylko weszłam do lasu.  Na koniec wpadłam w bagno pośrodku szlaku.

zejście żółtym szlakiem
zejście żółtym szlakiem

Zeszłam do słonecznej i spokojnej wsi Liptovska Luzna, gdzie miałam sprytny plan, żeby zjeść haluski (o których marzyłam od kilku godzin). Niestety, w restauracji nie mieli NIC do jedzenia, tylko piwo. Nie było wyjścia, wzięłam piwo, zasiadłam na tarasie w towarzystwie miejscowych panów i rozkoszowałam się wyluzowaną atmosferą popołudnia na słowackiej wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc. Ostatecznie na lunch zjadłam bułkę z pasztetem siedząc na przystanku (so oldschool!), a potem złapałam autobus, żeby przemieścić się w stronę Wielkiej Fatry.

Liptovská Lúžna
Liptovská Lúžna

W skrócie:
  • dystans: 11,7
  • suma podejść: 303 m
  • suma zejść: 1161 m
  • czas: 4 h 32 min (z mini przerwami)

Opuszczałam grzbiet Niżnych Tatr nie bez żalu. Choć czytałam kilka relacji na blogach to nie spodziewałam się tam żadnych fajerwerków widokowych ani zbierania szczęki z podłogi. Miałam też obawy, że wędrowanie cały czas tym samym grzbietem będzie dość nudne i że non stop będę mieć przed oczami takie same krajobrazy. Pozytywnie się rozczarowałam. Wędrówka nie była ani przez chwilę nudna (także dlatego, że wcale nie szłam lasem), a krajobraz zmieniał się non stop. Stabilna pogoda, ciepłe światło i niemal ZERO ludzi na szlaku – idealne warunki, żeby cieszyć się górami.
To, co mnie najbardziej urzekło w Tatrach Niżnych to PRZESTRZEŃ – wznoszą się ponad wszystkie okoliczne pasma górskie w okolicy i gdzie nie spojrzysz, tam widzisz góry aż po horyzont. Co ciekawe, odległe Tatry Wysokie i Zachodnie zdecydowanie przyciągały mniej uwagi niż znajdujące się bliżej niższe górki. Po trekkingu w Himalajach czy dwóch miesiącach tułaczki w Pirenejach mam poprzewracane w głowie i mało co mi się podoba, jednak Tatry Niżne mnie zauroczyły. Opuszczałam je czując niedosyt. A jak wiadomo, to najlepszy powód, żeby jak najszybciej tam wrócić.

Tips & tricks:
  •  trzydniową wycieczkę można spokojnie zrealizować w przedłużony weekend: jesienią 2019, w dni robocze autobus z Liptovskej Luznej odjeżdzą o 15.09, natomiast z Liptovskiej Osady do Rużomberoka od 15.20-17.10 – wtedy bez problemu zdążymy na Flixbusa do Krakowa odjeżdżającego o 18.45
  • wersja dla super leniwych – wjeżdżamy kolejką na Chopok i kontynuujemy wędrówkę w dowolną stronę
  • trzeba być przygotowanym na to, że sklepy spożywcze w słowackich wioskach przeważnie są czynne do 17 (więc targanie jedzenia na wszelki wypadek ma jakiś sens ;-))
  • nie wybieramy się bez śpiwora i czołówki – warunki w utulniach są dość spartańskie ;-)

     Jeśli zainteresowały Was Niżne Tatry zajrzyjcie na zaprzyjaźnione blogi, z których ja też korzystałam:
  • Morgusiowe WędrówkiJesienna magia Niżnych Tatr
  • Skadi na Grani – relacja z przejścia granią NT
  • Góromaniacyjeszcze świeża relacja z graniówki
  • Pionowe Myśli – coś dla hardcorów czyli zimowe przejście granią NT

 

 

 

 

11 uwag do wpisu “Granią Niżnych Tatr – wersja dla leniwych

  1. Twoje zdjęcia tylko nas utwierdziły w przekonaniu, że to właśnie jesienią w górach jest najpiękniej! To światło i te kolory to połączenie idealne. A warun, który miałaś pod Chatą Stefanika to jak to się teraz mówi SZTOS! A najlepsze jest to, że na żywo pewnie wyglądało to jeszcze lepiej! W przyszłym roku koniecznie wracamy w Niżne późną jesienią, może tym razem nam też się poszczęści z tak widowiskowym zachodem słońca ;)

    Polubienie

    1. Niestety, takiego warunu nie da się przewidzieć ;-) A może się da, tylko ja nie wiem jak :-D A co do jesieni, to kolejny plus jest taki, że nie ma burz. Ten otwarty grzbiet nie jest spoko, jak widzisz burzowe chmury ;-P Nie ma za bardzo gdzie uciec. Mnie by chyba nerwy zjadły ;-)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.