Możliwość przyklejania wpisów

Powrót w góry Anaga. Taganana-Afur-Tamadite-Taganana

Jeśli w biegu przegryzasz powerade’a batonem energtycznym, to wiedz, że coś się dzieje. A mianowicie – planowany lajtowy spacerek zamienił się w szaleńczy bieg i walkę z czasem. Dzień po wejściu na Teide musiałam się rano przemieścić z Puerto de la Cruz do Santa Cruz, cudem zdążyłam na autobus w góry i wylądowałam w wiosce Taganana dopiero o 11.30. To skandaliczna pora na wyjście na szlak, dlatego stwierdziłam, że zrobię jakąś krótką trasę. To miał być dzień odpoczynku. Skończyło się jak zwykle.  Czytaj dalej „Powrót w góry Anaga. Taganana-Afur-Tamadite-Taganana”

Z sielanki do Mordoru. Spacer do Zbójnickiej Chaty

Powiem szczerze – szkoda mi urlopu na Tatry, preferuje jedno, dwu- dniówki. Tym razem jednak tak się złożyło, że w środku sezonu, pod koniec lipca musiałam wykorzystać calutki tydzień. Zamorskie podróże odpadły, więc wybór mógł być tyle jeden – Słowacja! Plany były ambitne – Rysy, Mała Wysoka, Tatry Bielskie. Plany szybko rozmyły się w deszczu przy huku piorunów. Znów dopadł mnie pech pogodowy ( jak na Azorach). Zamiast zdobywać szczyty, zwiedzałam słowackie schroniska i doliny. Mimo beznadziejnej pogody, udało mi się uszczknąć kilka godzin, kiedy miałam okazję podziwiać kiczowate piękno tatrzańskiego lata. Sielankę, która po kilku godzinach zamieniła się w Mordor. Zapraszam na spacer do Zbójnickiej Chaty. Czytaj dalej „Z sielanki do Mordoru. Spacer do Zbójnickiej Chaty”

Gruzja – you’ll never walk alone. Dwa dni pod Kazbekiem

Zbiegałam w strugach deszczu z wyższej niż Kościelec góry, na której stoi słynny kościółek Cminda Sameba, z kudłatym psem przy nodze, a gdzieś wysoko nad moją głową i kaukaskimi czterotysięcznikami przetaczała się burza. Wreszcie dopadłam do pensjonatu, z bólem serca zatrzasnęłam psu bramę przed nosem i weszłam do ciepłej, ciemnej sieni pełniącej też funkcję living roomu.

-Kasiu, mamy złą wiadomość – usłyszałam od progu – nie ma wody….. F**ck, to ostatnie, co chce usłyszeć spocony, brudny człowiek po całym dniu w górach. Mina mi zrzedła

Wina też już nie ma. Napijesz się czaczy?  Cóż było robić…Z ciężkim sercem rzuciłam plecak, klapnęłam na fotel i patrzyłam, jak nowi znajomi leją mi do szklanki z butelki po coli przezroczysty płyn nieznanego pochodzenia. Wody nie ma, ale też jest zajebiście. Welcome to Kazbegi! Czytaj dalej „Gruzja – you’ll never walk alone. Dwa dni pod Kazbekiem”