Wielki Kopieniec i Nosal – (moje) pierwsze wejście zimowe

Z Nosala można zlecieć, z Kopieńca można się sturlać ( o zadyszce nie wspomnę) . Palce można przemrozić już w autobusie do Zakopca. Zimowa wyprawa to bardzo poważne wyzwanie, nawet kiedy celem są reglowe pagóry tatrzańskie. Zimą jeszcze mniej chce się wstawać przed świtem. Ale mus to mus – jakiś czas temu postanowiłam, że będę w Tatrach w każdym miesiącu. Kiedy nadszedł ostatni weekend lutego, nie miałam wyjścia ;-)

Wielki Kopieniec
Giewont piękny z każdej strony ;-)

Prolog. Nanga euforia!

Piątek 26 lutego był dniem szczególnym – nie dlatego, że dla odmiany zaczęłam pracę rano, a nie po południu; nie dlatego, że  wreszcie było czym oddychać w Krakowie. Ten dzień był wyjątkowy, bo ok 11 czasu polskiego po raz pierwszy  człowiek postawił zimą  nogę na Nanga Parbat. A dokładnie – trzech człowieków ( czwartemu niestety niewiele zabrakło) Siedząc przed monitorem z wypiekami na twarzy śledziłam zmagania w Himalajach, a kiedy wreszcie w świat poszła wesoła nowina i cały wall na fejsie krzyczał: ” Nanga!” miałam niemalże łzy w oczach.

Niestety, moja euforia spotkała się ze społeczną znieczulicą – nikt oprócz mnie nie podniecał się, tym, że paru kolesi wlazło zimą na jakąś górę. To osiągnięcie jednak dało mi kopa – pomyślałam, że skoro ludzie zimą wchodzą na ośmiotysięczniki, to może i ja dam radę zwlec się w środku nocy z łóżka i wyruszyć w Tatry. Następnego poranka o godzinie 6.40 am siedziałam już w autobusie jadącym do Zakopca.

Biorąc pod uwagę brak sprzętu ( raki i czekan), a przede wszystkim doświadczenia zimowego, postanowiłam za cel obrać niepozorne pagórki – Kopieniec Wielki i Nosal. Moim zdaniem – idealne na oswajanie zimy. W przeciwieństwie do polecanych dla zimowych laików dolinek oferują piękne widoki na Tatry Wysokie, bardzo małym kosztem czasowo- wysiłkowym ( sorry za to dziwadło językowe) . Wiem, to trochę jak lizanie lizaka przez szybę, ale cóż zrobić – dopóki nie przejdę kursu zimowego i nie ogarnę jakichś towarzyszy, nie zamierzam się pchać na prawdziwe szczyty.

Zima vs. zdobycze techniki

Jednym z nawiększych wyzwań, przed jakimi staje początkujący adept zimowych wejść jest….niespodzianka, niespodzianka : ZIMNO. Ja byłam na tą „ewentualność” przygotowana, niestety, tradycyjnie przemarzłam już w Szwagropolu. A konkretnie odmarzły mi stopy. Dlatego kiedy po dosłownie 10 minutach na szlaku poczułam, że prawie nie czuję palców, stwierdziłam, że nie obejdzie się tym razem bez wspomagania zdobyczami techniki. Postanowiłam przetestować wreszcie chemiczne ocieplacze do stóp. Wprawdzie miałam trzymać je na czarną godzinę, ale skoro kryzys następuje już na początku, nie ma się co zastanawiać – bo potem może być już tylko gorzej. Ocieplacze zdały egzamin ( choć nie grzały jak kaloryfer – bardziej utrzymywały temperaturę ciała ) aczkolwiek później musiałam jeszcze pokombinować z wkładkami do butów i zmianą skarpetek…z merynosa na „Pamir”. Żeby było śmieszniej – tego dnia nie było wcale zimno – ok, -5°C ( odczuwalna z -9° C). Trochę mnie to podłamało – może faktycznie nie nadaję się na zimowe wędrówki….skoro nawet w merynosie mi zimno.

Polana Kopieniec

Wróćmy jednak do wędrówki. Szlak na Wielki Kopieniec zaczyna się w Cyrhli, dokąd można za 3 zł dojechać busikiem. W Cyrhli nigdy wcześniej nie byłam, dlatego kiedy wysiadłam i zobaczyłam jakie są tam widoki na Tatry, stwierdziłam, że mogłabym tu mieć domek. Oczywiście jak wygram w totka.

Toporowa Cyrhla
Fajna miejscówka

Początek wędrówki to utwardzana szeroka droga ( i opisana wcześniej walka z odmarzającymi stopami). Po pewnym czasie droga zmienia się w ścieżką, pojawia się zamknięta dziś na cztery spusty budka z biletami i wchodzę w las.

Szlak się rozwidla – czerwony biegnie na Psią Trawkę i dalej na Gęsią Szyję, mój zielony zaczyna piąć się bardzo delikatnie w górę. Oprócz mnie na szlaku nie ma nikogo, panuje absolutna cisza, nie wieje wiatr. Od czasu do czasu widzę ślady zwierząt przekraczających ścieżkę, ale typuję raczej sarnę niż niedźwiedzia ;-). Po ok. 45 minutach spaceru dochodzę do Polany Kopieniec.

Polana Kopieniec
Polana Kopieniec

Polana to latem idealne miejsce na piknik, być może w szałasach można kupić oscypki ( nie wiem, bo jestem tam pierwszy raz), widać szczyty Tatr Wysokich, niestety przesłonięte przez Królowy Grzbiet i Skupniów Upłaz ( którym wiele razy szłam do Murowańca).

Szlak na Kopieniec odbija do góry w prawo, ale ja muszę na chwilę schronić się w chatce ( opisane wyżej kombinacje ze skarpetami). Tu ostrzeżenie – pamiętajcie, że chatka ma dość niskie drzwi. Ja walnęłam głową we framugę tak, że zobaczyłam wszystkie gwiazdy. ( wieczorem zastanawiałam się nawet,czy nie mam wstrząsu mózgu, ale myślę, że mętlik w głowie był raczej spowodowany długim przebywaniem na mrozie i niespaniem).

Wielki Kopieniec i korona pagórów

Ruszam raźno nieco bardziej stromą, ale wydeptaną ścieżką na Wielki Kopieniec – pierwszy z pagórów zaplanowanych tego dnia. Jest dość ślisko, ale wolę się męczyć, niż wykonywać akrobacje z zakładaniem raczków ( nie ma gdzie usiąść). Coraz rozleglejsze widoki na Orlą Perć, niestety, pod słońce.

Szczęśliwie i bez lądowania na tyłku docieram na „szczyt”.Całkiem przyjemna górka i piękna panorama. Niestety widoczność tego dnia nie rozpieszcza. Nad górami unosi się niby mgła, poświata, kontury są zamazane, słońce też jest jakieś blade.

Wielki Kopieniec
jakoś mrocznie, więcej w południe tam nie włażę

Niedługo cieszę się samotnością – wkrótce pojawiają sie trzy starsze panie, bez żadnych oznak zadyszki ( czego nie mogłam powiedzieć o sobie), a potem wesołe towarzystwo. Górka jest tak łatwo dostępna, że boję się myśleć, co się tu dzieje latem. Czas się stąd zmywać….

Wielki Kopieniec zimą
za to Tatry Bielskie prezentują się calkiem całkiem

Zejście jest dość strome, ale raczki sprawiają, że zbiegam jak na skrzydłach Co jakiś czas jak zahipnotyzowana wpatruję się w Giewont, który pierwszy raz widzę z tej perspektywy. W międzyczasie pijana górskim mroźnym powietrzem na poczekaniu wymyślam sobie „project” – zdobywanie korony pagórów ( czyli górek na które latem nawet bym nie popatrzyła) . Akurat do końca zimy trzasnę wszystkie ;-)

Kolejny etap to droga przez las i strata wysokości, aż do Polany Olczyskiej. Tu, jeżeli ktoś nie ma już czasu albo siły, można wrócić do cywlizacji zielonym szlakiem ( Jaszczurówka – 40 min). Nie jestem w szczytowej formie, kusi ciepła knajpa i zimne piwo, ale bez jaj – trzeba iść dalej ;-)  Przysiadam na chwilę przy kolejnym szałasie ,a potem spacerkiem udaję się żółtym szlakiem w stronę Nosalowej Przełęczy.

Polana Olczyska
Polana Olczyska

Słońce chowa się za chmurami, robi się coraz bardziej czarno-biało, zimno i ponuro. Co jakiś czas nad Żółtą Turnią krąży śmigło TOPRu, myślę sobie, że może kogoś szukają, trochę się martwię losem nieznanego człowieka ( potem na jednej z fejsbukowych grup wyczytałam, że tego dnia były jakieś ćwiczenia). Tymczasem, kiedy oglądam się za siebie, widzę Wielki Kopieniec, z którego niedawno zeszłam.

Wielki Kopieniec
stamtąd przyszłam

Nosal – góra samobójców

Nosal coraz bliżej – to będzie moje pierwsze ever, nie tylko zimowe, wejście na ten popularny przecież szczyt. Pewnie powinien być w portfolio każdego, kto zaczyna wędrować po tatrzańskich szlakach – ale ja moją przygodę z Tatrami zaczęłam z przytupem – samotną próbą wejścia na Kopę Kondracką w deszczu i gradzie. O żadnym Nosalu ani Kopieńcu nawet nie myślałam, dlatego cieszę się, że dzięki zimie mam okazję odkryć coś nowego. Wbrew temu, co niektórzy piszą w internetach – na Nosal zimą da się wejść bez raków i nie jest niebezpiecznie. O ile ma się głowę na karku. ( I raczki w plecaku,hehe )

Nosal to niepozorna górka, która spada stromym urwiskiem na zachodnią stronę. Wystarczy chwila nieuwagi i można polecieć w dół, zwłaszcza zimą. Wzniesienie jest także znane jako miejsce często wybierane przez samobójców. Nosal jest bardzo łatwo dostępny, zwłaszcza dla osób zupełnie nie przygotowanych i mimo, że to łatwy szczyt,  zanotowano tu wypadki śmiertelne. Kolejny dowód na to, że gór nie wolno lekceważyć, nawet takich niepozornych.

widok z Nosala
niestety widoczność słabiutka

Takie refleksje przepływają mi przez głowę, kiedy przezornie siadam odpowiednio daleko od przepaści na worku z folią NRC. Worek doskonale by się sprawdził jeśli chciałoby się skrócić drogę i zjechać na tyłku. Niekoniecznie z zachodniej ściany Nosala :-P. Przez chwilę cieszę się samotnością, żując kanapkę gapię się  na coraz bardziej zamglone niebo i mroczne szczyty. Czas ucieka, ręce odmarzają – trzeba wracać na dół.

Schodzę zielonym szlakiem w okolice hotelu Murowanica. Ścieżka jest dość stroma i miejscami oblodzona, cieszę się, że mam raczki.Po drodze spotykam tych, co raczków nie posiadają, widać, że mają kłopoty z zejściem – robi się poważny zator jak na łańcuchach. Na szczęście przepuszczają mnie, a ja dziarsko pomykam w dół – choć właściwie nie ma się do czego śpieszyć. Na dole przecież :  a) są przyziemne ( nomen omen) problemy dnia codzienniego b) można wywinąć orła na nieposypanych oblodzonych zakopiańskich chodnikach ;-).


 

W  Szwagropolu ludzie dzielą się na tych, co jadą na imprezę do Krakowa i na tych z czerwonymi twarzami – patrząc na nich, wiadomo, że zrobili dziś jakieś zimowe wejście. Może to była Świnica, może Kasprowy, być może tylko głupi Nosal – w tym wieczornym autobusie tworzymy wspólnotę ludzi umordowanych, ale szczęśliwych. Ludzi, którzy zwalczyli pokusę wegetowania pod kocem z serialami, a zamiast tego postanowili zmierzyć się nie tylko z zimą w górach, ale i z własną słabością. Wiem, brzmi to bardzo górnolotnie – ale wyobraźcie sobie, jaka to trauma dla osoby, kóra nie zwleka się z łóżka przed 10, wstać nagle o 5 rano. Jaka to męka przebywać cały dzień na mrozie, kiedy kocha się upały i szumiące palmy. Sama sobie współczuję – zajawiłam się i teraz nie ma dla mnie ratunku… ;-) The mountains are calling and I must go.

To be continued….

 

 

13 uwag do wpisu “Wielki Kopieniec i Nosal – (moje) pierwsze wejście zimowe

  1. Byłam kilka razy na Kopieńcu (uwielbiam ten niepozorny pagór), ale oscypków nigdy nie było. Za to na pewno można kupić oscypki na Polanie Olczyskiej (pycha!) u rezolutnej starej gaździny. :)
    Serio byś chciała zamieszkać w Cyrhli? Już wiele razy jechałam drogą Balzera i widziałam takie korki w sezonie, że strach się bać. Dużo w tym korku stało fur z miejscowymi blachami… I ci biedni kierowcy… Muszą mieć niesamowitą cierpliwość. :D Mnie się wyć chciało, gdy odcinek Zakopane – Cyhrla pokonaliśmy w zawrotnym tempie 30 minut! :P Staram się unikać tej drogi w szczycie, ale nie zawsze wychodzi – mieszkańcom tym bardziej. ;) Ale widoki mają piękne! :D

    Lubię to

    1. serio, to bym chciała zamieszkać na Kanarach ;-) Tak sobie pomyślałam spontanicznie, że fajnie tam i spokojnie, ale fakt, że w sezonie musi być masakra, bo przecież tą drogą wszyscy jadą do Palenicy. Ja myślę, że Kopieniec to fajna wycieczka na jakieś popołudnie, na pewno lepsza widoczność. Widzisz, nawet się teraz cieszę, że jest zima, bo latem bym tam nie dotarła ;-)

      Lubię to

  2. Gratuluję pierwszych zimowych wejść :) Myślę, że dzięki pogodzie z chęcią powrócisz jeszcze na zimowe szlaki. Bo zima w górach jest piękna :)

    Polubione przez 1 osoba

    1. hehe, od czegoś trzeba zacząć ;-) zima nie taka straszna, za to piękna i mało ludzi…Wiesz, ja lubię upały i ciepło, dlatego tak długo zwlekałam, żeby zaryzykować i ruszyć się gdzieś zimą ;-)

      Lubię to

  3. A ja Ci tej piątej rano normalnie zazdroszczę :) W moim przypadku musiałbym wyjść z domu wieczorem i zasuwać na Nosal po nocy spędzonej na siedząco w pociągu do Zakopca (co mi się oczywiście czasem zdarza, choć nie znoszę spać na siedząco). Fajnie piszesz, fajny blog, będę Twoją fanką :)

    Polubione przez 1 osoba

    1. hej Ula! dzięki za miłe słowa ;-) zapraszam też na fan page na FB ;-). Ja zawsze podziwiam tych co całą noc się tłuką, żeby być w Tatrach. Dla mnie wstanie o 5 jest dlatego takie trudne, bo pracuję do 23-24 i chodzę normalnie spać tak ok 2 :-P Pozdrawiam!

      Lubię to

  4. Miło się czyta twoje opowiadania . Ja też bardziej lubię wyjście w plener niż pobyt w domu i żyję marzeniami : o tym co było i o następnych wycieczkach. Tatry bardzo lubię i wolę Polskie , także Krupówki , chociaż jest tłok. Cieszę się , że mogłem czytać twoje opowiadania również z Majorki ( wybieram się tam z Żoną na koniec maja ) . Pozdrawiam : Krzysztof.

    Lubię to

    1. Dziękuję bardzo! A dlaczego wolisz polskie? Ja chyba wolę słowackie, choć dalej. Mam w zanadrzu jeszcze jeden wpis o Majorce, myślę, że zdążę do maja. Jakbyś miał jakieś pytania, chętnie odpowiem;-) Pozdrawiam!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s