Uszba,Uszba pokaż rogi…Trekking w Swanetii cz. 1

Kaukaz mnie pokonał. Szłam przez pofalowany płaskowyż otoczony przez strzelające w niebo czterotysięczniki, patrząc na przemian, nerwowo na zegarek i za zachwytem na rogatą zaśnieżoną Uszbę, która ani trochę się nie zbliżała. Wydawało się,że góra z pobłażliwym uśmiechem patrzy  na ludzką mrówkę drepczącą po zielonej łące. Podobnie, jak ja kilka godzin wcześniej – z drwiącym uśmieszkiem analizowałam relacje blogerów, którzy twierdzili, że już podchodząc pod krzyż górujący nad Mestią można się nieźle zmęczyć. Przecież ten krzyż to rzut beretem, godzina, max półtorej – myślałam – pewnie nie chodzą po górach i mają kondycji. Nie to co ja :-D Do krzyża dowlokłam się w 2,5 godziny….zupełnie bez mocy i  bez formy. Oficjalnie – zwracam honor.

Koruldi szlak
szczęśliwe cielaki pod Uszbą

Zanim jeszcze kupiłam bilet do Gruzji, trafiłam przypadkiem na bloga Zwiedzając świat, a konkretnie na artykuł o trekkingu do Jeziorek Koruldi. Zobaczyłam zdjęcia i wiedziałam, że nie spocznę, dopóki tam nie dotrę. Wcześniej myśląc o Gruzji, widziałam Kazbek, tymczasem okazało się, że są tam góry piękniejsze i bardziej spektakularne, szczyty, których nigdy nie zdobędę, ale mogę z nabożeństwem podziwiać je z dołu. Zaczęła się Uszba – obsesja. Guglowałam ile się dało, spamowałam zdjęciami na fejsa, śniłam o niej po nocach. Zobaczyć Uszbę i umrzeć…..

Uszba Swanetia
kolejne marzenie spełnione

Plan miałam ambitny, jak zwykle. Co tam krzyż ( bułka z masłem), co tam jeziorka ( ponoć to raczej bajorka), ja podejdę do niej tak blisko, jak tylko się da. Na zdjeciach obczaiłam skalisty szczyt, ostatnią przeszkodę, a jednocześnie świetny punkt widokowy. Wprawdzie na mapie zaznaczono „difficult trail”, ale na zdjęciach było widać utwardzoną drogę, więc nie może być tak trudno. Tam się przejdę! A niejako przy okazji trzasnę pierwszy trzytysięcznik…

 

trekking Swanetia

Zanim zacznie się jakiekolwiek wędrówki w okolicach Mestii, warto wjechać wyciągiem krzesełkowym na masyw Zuruldi – stamtąd jak na dłoni widać nasze przyszłe/ ewentualne cele, budowę terenu i sytuację śniegową. Można szybko zrobić rewizję planów. Ja już wiedziałam, od spotkanych w knajpie ludzi, że w okolicach jeziorek jest w cholerę śniegu, niby ścieżka wydeptana, ale można się zapaść po uda. Jedno spojrzenie na bezimienny trzytysięcznik, który miał paść moim łupem wystarczyło, żeby potwierdzić te informacje. Na zimowe warunki nie byłam przygotowana, wydawało mi się, że w Gruzji jest tak gorąco, że pod koniec czerwca śniegu już nie będzie. Nauczka na przyszłość…Warto również wspomnieć, że w Gruzji nie istnieje coś takiego jak nasz GOPR, co mi po Alpenverein, jeśli nikt mnie nie uratuje ( albo dzwoniąc pod numer alarmowy nie dogadam się)

Zuruldi kolejka
ups, trzeba zrewidować plany

To miał być highlight wyjazdu, jednak nie zawsze jest tak jak planujemy. Na mojej drodze do spełnienia planów stanął nie tylko upał i śnieg, ale i…godziny otwarcia kantoru w Mestii. Jeśli nie wrócę do 17 zostanę całkiem bez lokalnej waluty, rano kasy też nie wymienię, bo kantor od 9 ( a wtedy już dawno będę na szlaku) i tak w kółko. Jednym słowem – czasu miałam na styk. Ale przecież dojście do krzyża to formalność, a potem to już praktycznie po płaskim. Taa…

Podstawowy problem – gdzie zaczyna się szlak do jeziorek? Na ten temat istnieją różne teorie – ponoć najkrótsza droga biegnie harcorowo / pionowo przez las, są też tacy co szli wzdłuż/ po potoku trzymając się gałęzi. Najlepiej jednak  zacząć przy Muzeum Etnograficznym ( wyczytałam tak u Wojażera), od centrum trzeba iść główną drogą w kierunku nawiększego mostu. Wystartowałam z Mestii dopiero po 8 rano ( kawiarnia Laila jest czynna od 8, a wiadomo, że bez kawy się nie da). Szlak szybko wychodzi ponad zabudowania i jest dość dobrze oznaczony. Najprawdopodobnie też najłatwiejszy. Cały czas trawersuje zboczami góry poprzecinanej wąwozami, w których płyną górskie strumienie.

Ścieżka mozolnie pięła się w górę, a czas leciał – niespodziewanie szybko. Upał na maxa. Wreszcie wyszłam na otwartą przestrzeń i zobaczyłam przez sobą mur szczytów, których było tak dużo, że nikt nawet nie pokusił się, żeby im wszystkim ponadawać nazwy; gdzieś daleko błyszczał w słońcu ogromny stożek Tetnuldi. Zrobiło się bardzo sielankowo, wokół alpejskie łąki i pokryte śniegiem 3-4 tysięczniki.

Swanetia trekking
„alpejska” łąka

Wreszcie zza jednego z zielonych wzgórz wychyliły się nieśmiało rogi Uszby. Ten widok dodał mi skrzydeł – krzyż musi być rzut beretem stąd! Szutrowa droga jest dla sofciarzy, lepiej iść najbardziej logicznym skrótem – jak  w amoku popędziłam w stronę mojego wyśnionego szczytu. Tylko po to, żeby po 40 minutach wrócić jak niepyszna na szlak. Nie polecam ;-) Trzeba iść cały czas utwardzaną, krętą drogą w górę, aż po pewnym czasie pokażą się już dość oczywiste skróty przecinające zygzaki ubitej drogi.

Dosyć już umordowana dotarłam do krzyża i platformy widokowej, gdzie wprawdzie nie czekała na mnie wymarzona cola z lodówki, za to – świeża kawa prosto z ekspresu. Takie niespodzianki tylko w Gruzji! Tempo do tej pory miałam fatalne, ale posiedziałam chwilę, machając nogami dosłownie nad leżącą daleko w dole Mestią. Niestety – czas mnie gonił, choć marzenia o trzytysięczniku i spotkaniu oko w oko z Uszbą bladły z minuty na minutę. Tradycyjnie, stwierdziłam, że będę po prostu szła bez ciśnienia, gdzie dojdę, tam dojdę. I bez zdobycia trzytysięcznika jest pięknie.

Szłam więc sobie przez zielone łaki położone na wysokości ponad 2000 m n.p.m.  i nie mogłam się nadziwić, dlaczego jest tak pusto, dlaczego w takim obłędnym widokowo miejscu jestem całkiem sama. Gdyby to była Polska, pewnie razem ze mną w stronę Uszby waliłyby tłumy w klapkach z browarami w rękach. Ale nie tutaj. Po drodze spotkałam tylko pasące się krowy, stado półdzikich koni i kilku wędrowców.

Uszba trekking
trochę się bałam, że mnie stratują

 

Idąc, cały czas miałam w zasięgu wzroku królową – Uszbę. Nie wiem, co ta góra ma w sobie, ale w dziwny sposób przyciąga i fascynuje. Nawet żyjący od wieków u jej stóp Swanowie nie są zgodni, co do znaczenia nazwy. Droga donikąd, miejsce sabatu czarownic, straszna góra – to tylko niektóre tłumaczenia. Faktycznie – te dwa sterczące rogi mają w sobie coś złowrogiego. Ekstremalnie trudna do wspinaczki, z nieprzewidywalnymi warunkami pogodowymi ( jako najwyższy szczyt w okolicy przyciąga chmury i burze).  Ja jednak miałam szczęście zobaczyć łagodne oblicze czterotysięcznika – przez pierwszą połowę dnia na niebie nie było żadnej chmurki, upał, zero wiatru, idealne warunki, żeby walnąć się na trawę i kontemplować.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
szaas pasterski
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
bliżej się nie dało

Nie było jednak czasu na leżenie, bo ja uparcie szłam w stronę czarodziejskiej góry  i nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć ;-) Od takiego nagromadzenia piękna człowiek może zwariować. A już na pewno stracić poczucie czasu. Minęłam rozgałęzienie szlaków na przełęcz Guli ( całodzienna wyrypa z zejściem do Mazerii). W końcu, na wysokości naszych Rysów przysiadłam na krótki piknik ( jak na ironię zaczęło mega wiać), a potem stwierdziłam, że czas wracać. Przy platformie widokowej spotkałam dwie znajome z hostelu i tak na pogaduszkach i sesji zdjęciowej minęło kolejne pół godziny. Dziewczyny poszły w stronę Uszby, a ja pobiegłam na dół.

jeziorka Koruldi trekking
cisza przed burzą

Wkrótce zauważyłam jednak, że coś się zmieniło. Błękitne niebo w ciągu kilkunastu minut zaczęło zasnuwać się ciemnymi chmurami, nad Uszbą pojawiły się charakterystyczne pióropusze, a nad stożkowatym szczytem Tetnuldi zawisła ogromna ciemna i nie zwiastując nic dobrego chmura. Gdzieś w głębi chmury zaczęło złowrogo grzmieć, pojawiły się pierwsze błyskawice. Gapiłam się na ten spektakl jak zahipnotyzowana, nie wiedząc czy trzaskać więcej zdjęć, czy raczej spieprzać na dół.  Nie ma się czego bać, ja mieszkam w Alpach (w domyśle – wiem lepiej) , ta burza tu nie przyjdzie, bo skupia się wokół najwyższego szczytu – powiedział spotkany po drodze facet.

Swanetia Tetnuldi
burza nad Tetnuldi

Facet pomknął w dół, nie minęło nawet dziesięć minut a dokładnie nad miejsce, gdzie byłam przyszła inna chmura i inna burza. Zaczęło lać i walić piorunami.Jak się pewnie domyślacie – dostałam niezłego przyspieszenia, ale o dziwo – nie bałam się, sama byłam w szoku, że nie panikuję. Tylko – czy strach cokolwiek by tu pomógł? Szczęście w nieszczęściu, że schodziłam już na dół trawersując strome zbocza. Szczęście w nieszczęściu, że śpieszyłam się do tego kantoru – w przeciwnym razie, byłabym teraz gdzieś pod jeziorkami Koruldi, na odsłoniętej przestrzeni. Nie pierwszy raz okazuje się, że spóźnienia, trudności, przeszkody, przez które nie wykonujemy planu działają w ostatecznym rozrachunku na naszą korzyść. Nic się nie dzieje przypadkowo…?

Tetnuldi
jak widać, cielak się nie przejmuje nadchodzącym Armageddonem
Tetnuldi Swanetia
nie zapomnę tego widoku

Uciekając przez burzą do pierwszych zabudowań szłam nieco ponad godzinę, a goreteksowa kurtka  spisała się na medal ( zdecydowanie warto zainwestować), choć lało na mnie przez cały czas. Zabłocona i rozczochrana zeszłam do Mestii, gdzie, jak się okazało, nie lało wcale. Na szczęście centrum Mestii to nie Krupówki i nikt nie patrzył się na mnie dziwnie.  A ja , mimo, że nie padł trzytysięcznik, nie padły nawet jeziorka, czułam się w 100 procentach usatysfakcjonowana. I odrobinę zmęczona – Endomodo pokazało prawie 19 km na liczniku. Na jutro zapowiadała się byle jaka pogoda, dlatego postanowiłam zrobić sobie dzień odpoczynku i przejść się na lajtowy spacer do lodowca. Jak wyglądał ten „lajtowy spacer” – w następnym odcinku.

A Uszba ? Podczas krótkiego pobytu w Swanetii będę oglądać ją jeszcze wiele razy, z prawie każdej możliwej perspektywy.  Oczarowała mnie. Już za nią tęsknię….

koruldi

Link do mojej wycieczki na Endomondo : TU

Ciekawe artykuły na temat Uszby :

Forbidden Mountain

summitpost.org

 

14 uwag do wpisu “Uszba,Uszba pokaż rogi…Trekking w Swanetii cz. 1

  1. Rewelacja! Takie klimaty lubię :) Ledwo miesiąc temu wróciłam z Gruzji, a już mi się chce tam znowu, przez Ciebie! Bardzo bym chciała tam wrócić na typowy trekking i obejrzeć sobie tę Uszbę dokładnie, bo jak dotąd widywałam ją tylko „w przelocie” ;)
    Zdjęcia genielne! Mogłabym być takim cielakiem :)

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ten szałas pasterski stoi na słowo honoru i wygląda na „Wrzeszczącą Chatę”. ;)
    Ty naprawdę wyszłaś na szlak dopiero po 8, żeby kupić sobie kawę? :D To już niemal patologia. ;)
    No ale pięknie tam, Uszba czaruje, i te konie…

    Lubię to

    1. Magda, nikt kto kawy nie pije, tego nie zrozumie. Ja rano bez kawy to jak zombie ;-) Ale…nie że specjalnie na kawę czekałam, tak się grzebałam, że jak już było ok 8 to stwierdziłam, że zaczekam aż otworzą i kupię. Poza tym – przecież do krzyża miał być rzut beretem :-D Ps. A myślisz, że o której ja wychodzę jak jadę z Krk?

      Lubię to

  3. oj nie jest lajtowe podejście pod krzyż ;) na koniec miałam ochotę skandować GDZIE JEST KRZYŻ? bo wydawalo nam sie, że już dawno powinniśmy go minąć. koniec konców nad jeziorka(faktycznie – bajorka) doszliśmy i pociągnęlabym jeszcze dalej, na przełęcz, ale tomasz mi odmowil współpracy.
    za to chwile grozy czulismy na tym wyciągu… bo ledwo wsiedliśmy i zaczęło grzmiec. a tak kolejka taka dluga. i jeszcze się co chwila zatrzymuje, a w ogóle to jakos ledwo jedzie. a jeszcze wrocić trzeba. na szczęście rozpadało sie jak wsiedliśmy do marszrutki z powrotem do mestii :d

    Polubione przez 1 osoba

    1. O jakiej przełęczy mówisz? Czy tej przez którą można do Mazeri przejść? Ja chciałam iść tak naprawdę na ten niepozory grzbiet/ szczyt tuż przez Uszbą. Tak czy siak – jest po co wracać ;-) Nie wiedziałam, że pod kolejkę jeżdżą marszrutki. Czakam na Twoją relację i zdjęcia oczywiście ;-)

      Lubię to

      1. nie wiem czy nie mówimy o tym samym ;) no było takie wzniesienie spore jeszcze kawałek za jeziorkami, prowadziła tam ścieżka – wydawało się, jakby za tym było już tylko podejście na uszbe :)

        Lubię to

  4. Bajeczne miejsce! Uszba szczególnie utkwiła mi w pamięci. Prawdopodobnie ze względu na kapryśną pogodę, o której wspominałaś. Na grani złapała nas burza i pioruny waliły ze wszystkich stron. Przez skwierczące na kasku ognie świętego Elma bałem się, jak nigdy wcześniej.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s