Gokyo Ri

Nie takie Gokyo straszne, jak je malują (Gokyo Ri 5357 m npm)


Piąta nad ranem, zimno jak w psiarni, 4800 m nad poziomem morza. Ze snu budzi mnie dobrze znana melodia – kawałek Linkin Park grający gdzieś z głębi śpiwora, w którym chowam telefon. Przecieram oczy i w pierwszej chwili nie wiem, co się dzieje, gdzie jestem, za jakie grzechy zrywam się przed świtem. Po kilkunastu sekundach dochodzi do mnie nieprzyjemna i wielce upierdliwa myśl – muszę wygrzebać się z ciepłego łóżka i iść zdobywać Gokyo Ri. Zajebiście mi się nie chce!


Kiedy wybierałam się w Himalaje, wiele osób pytało, na jaki szczyt planuję wejść. Dziwiło mnie trochę to pytanie, bo choć ukoronowaniem trekkingu miał być himalajski pagór – Gokyo Ri, to nigdy nie myślałam o tym wyjeździe w takich kategoriach. Dla mnie najważniejsze było przebywanie w cieniu ośmiotysięczników, widok strzelistej sylwetki Ama Dablam i szafirowych jeziorek, wiszące mosty i włochate jaki. Wejście na szczyt? Może się uda, ale bez ciśnienia.

gokyo ri

Tego listopadowego dnia, kilka minut po przebudzeniu mam przeczucie, że na żadne Gokyo Ri nie wejdę; właściwie WIEM to już od kilku dni. Nie czuję się na siłach i nawet specjalnie mi nie zależy; za nic w świecie nie chcę powtarzać agonii jak na podejściu do Ama Dablam BC. Nie dla mnie pięciotysięcznik. Poprzedniego dnia zupełnie beznamiętnie patrzę na wielki kopiec wyrastający ponad wioską, bo nie zamierzam się tam wdrapywać walcząc o każdy oddech. Ostatniej nocy mało śpię, bo boli mnie żołądek.

Gokyo Ri-szlak-trekking


Dzień zapowiada się przepiękny, choć rano, zanim słońce ogrzeje dolinę, na zewnątrz jest pewnie z minus 10 stopni. Zaspana i naburmuszona schodzę na śniadanie, żuję veggie omlet i nie poddaję się atmosferze ogólnego podniecenia, jakie panuje w naszej grupie. Nie przyznaję się nikomu, ani do tego, że źle się czułam w nocy, ani że mam w dupie, czy wejdę na to całe Gokyo Ri. Nie chcę, żeby zaczęli mi truć. Mam plan, żeby podejść kawałek, trzasnąć parę zdjęć, a potem zawrócić i resztę dnia chillować w kawiarni 😉

Cho Oyu
Cho Oyu

Wychodzimy w mroźny himalajski poranek. Naubierana jestem jak do ataku szczytowego na zimowe K2, do butów wkładam ogrzewacze jeszcze siedząc w lodowatej jadalni, bo z odmarzającymi stopami daleko nie zajdę. Plecak mam pełen ciuchów na wszelki wypadek i środków dopingujących, oszczędzanych specjalnie na Gokyo (suszona wołowina, galaretki energetyczne z Deca, etc.).

Cho Oyu i szron na kamieniach
Cho Oyu i szron na kamieniach

Podejście jest strome, ale idę tak powoli, że nie mam zadyszki. Krok za krokiem, oddech za oddechem, drepczę oglądając, jak promienie słońca oświetlają ostre granie nieznanych siedmiotysięczników. Grupa zostaje gdzieś w tyle. W głowie cały czas gra mi Linkin Park, podśpiewuję sobie cichutko. Nie myślę o tym, że nie dam rady, że nie mam siły, że mi się nie chce. Jakby na przekór sobie, toczę się do przodu jak czołg.

czołówka peletonu
czołówka peletonu

Po pewnym czasie doganiają mnie trzy najsilniejsze osoby z naszej wycieczki. Wyruszyli nieco później, żeby nie czekać zbyt długo na szczycie i nie przemarznąć na kość (ostatecznie mają takie tempo, że i tak na górze spędzą jakieś 1,5 h czekając na wszystkich maruderów). Chwilkę idę z nimi łeb w łeb, szybko jednak oddalają się i widzę już tylko małe figurki, gdzieś daleko w górze. Potem pojawia się jeden z naszych porterów, kilkunastoletni chłopak, który chyba za punkt honoru bierze sobie, żeby się mną opiekować 😊 Ja żadnej opieki nie potrzebuję, tylko jak mu to wytłumaczyć?

Gokyo Ri-szlak-trekking
i tak przez 3 godziny…

Tymczasem, wraz ze wzrostem wysokości moje tempo drastycznie maleje, a Linkin Park zmienia się w mojej głowie w rozkołysaną melodię „I follow rivers” w wersji, która była tłem do jednego z filmików Tomka Mackiewicza spod Nanga Parbat. Być może dlatego mózg podpowiada mi taki soundtrack.

Wlokę się więc noga za nogą, podśpiewuję, gapię się na błękitne niebo i ośnieżone szczyty. Uczucie odrealnienia wzrasta wraz z każdym metrem, a ja czuję się jak na wysokogórskim słonecznym haju. Nigdzie mi się nie śpieszy, a biedny chłopak czeka na mnie, kiedy co kilkadziesiąt metrów robię przerwy. Chce nawet ponieść mój plecak, ale kategorycznie protestuję. Nie czuję się źle, nie zdycham, a to najważniejsze.

almost there!
almost there!

Ostatnie metry dłużą się niemiłosiernie, bo coraz mniej tlenu dopływa do mięśni. „No cześć!” wołam do trójki „maratończyków” zajętych sesją zdjęciową, stając na swoim pierwszym pięciotysięczniku. 500 metrów przewyższenia zajęło mi 3 godziny (!). Nie czuję żadnej euforii, po prostu ulgę, że już nie trzeba dalej iść do góry. Można powiedzieć, że na Gokyo Ri wlazłam z rozpędu – po prostu szłam, nie myśląc zbyt wiele, a już na pewno nie o tym, żeby zawrócić. Człowiek to przedziwna istota.

Gokyo Ri-szlak-panorama
veni, vidi, vici

flagi modlitewne

Jakiś czas po mnie na szczycie pojawiają się kolejne osoby z naszej grupy. Częstujemy się łakociami, herbatą, pozujemy do zdjęć, cieszymy się widokami. Z Gokyo Ri widać kilka ośmiotysięczników, ale chyba jestem zbyt oszołomiona, żeby analizować panoramę.

Czas powyżej 5 tys. m npm płynie chyba jakoś inaczej, bo nagle okazuje się, że minęła godzina. Pewnie siedzielibyśmy tam jeszcze długo, ale Magda każe schodzić. Na żmudną drogę powrotną wrzucamy sobie z koleżanką po glukardiamidzie, na pewno nie zaszkodzi ;-). Opuszczam szczyt jako jedna z ostatnich osób.

Gokyo Ri -trekking-szlak

gdzieś tam widać Everest
gdzieś tam widać Everest
Gokyo Ri-trekking-szlak
dobre miejsce na kontemplację

Paradoksalnie, zejście daje mi w kość dużo bardziej niż podchodzenie do góry. Teraz to już w ogóle idę w tempie żółwia, robię masę zdjęć, rozmyślam. W pewnym momencie okazuje się, że w camelbaku nie ma już ani grama wody, co fatalnie wpływa na moje morale i samopoczucie.

Cholatse

Kiedy docieram wreszcie do lodgy czuję się jak odwodniony wrak człowieka. Stwierdzam, że jako zdobywca Gokyo Ri w nagrodę mogę się szarpnąć na truskawkową Fantę, którą udało mi się wypatrzeć w lodówce. Okazuje się, że Fanta ma w butelce pleśń, pewnie stoi tam od niepamiętnych czasów :-P No cóż, życie składa się z rozczarowań 😉

Gokyo-piekarnia
jedna z najwyżej położonych piekarni na świecie

Po lunchu i uzupełnieniu płynów, zamiast korzystać z wolnego popołudnia (focić, zwiedzać okolicę, siedzieć w kawiarni) zawijam się w kokon śpiwora i zaliczam klasyczny zgon – w głowie łupie (dzięki Bogu, jest ibuprom), a ja czuję się tak słabo, że nie mam siły ruszyć ani ręką, ani nogą.

Gokyo Ri to niepozorna górka, ale okazuje się, że potrafi wykończyć. Dzięki Bogu, że kierownictwo nie każe jeszcze tego samego dnia schodzić na dół, bo nie wiem, czy dałabym radę. Nie chcę wiedzieć, co czuje człowiek po zejściu z ośmiotysięcznika.

Z półsnu wyrywa mnie piękne wieczorne niebo i, mimo słabości, wyskakuję z aparatem na zewnątrz. Żaden zgon nie usprawiedliwia przegapienia okazji na fajne zdjęcia.

wieczór w Gokyo
wieczór w Gokyo

THIS IS THE END

Na drugi dzień rano jest mi smutno, bo wiem, że to już koniec. Nie czeka mnie nic, tylko powrót na niziny, a potem do Polski. Przez te kilkanaście dni 13 -osobowa ekipa się zgrała, może nawet trochę się zaprzyjaźniliśmy. A mimo to można odczuć, że nasza grupa, tak jak Drużyna Pierścienia, zaczyna się rozpadać. Niby idziemy razem, ale jednak osobno, nie łączy nas już żaden wspólny cel, żadne wspólne marzenia ani obawy. Gnamy na dół – byle bliżej gorącego prysznica, ciepłego hotelu, czystych ciuchów.

Drużyna Pierścienia ;-)
Drużyna Pierścienia ;-)

Wędrówka we mgle, lunch w Mong Li, gdzie do herbaty dolewamy miejscowy rum (?), widok Thamserku wyłaniającego się z chmur o zachodzie słońca, zaginione puchowe botki, ostatnie spojrzenie na Ama Dablam, pożegnalna kolacja w Lukli, scysja z Niemką o miejsce przy oknie w samolociku, hałaśliwe Kathmandu, sterylna Doha, naburmuszona i szara Warszawa. Tak kończy się najpiękniejsza przygoda w moim życiu.

Thamserku
Thamserku
Mong Li - super miejscówka na lunch
Mong Li – super miejscówka na lunch

Czy aby na pewno najpiękniejsza? Minął rok, a ja z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że choć najbardziej spektakularne, majestatyczne, przepiękne, Himalaje nigdy nie zajmą w moim sercu szczególnego miejsca. Nie tęsknię za nimi.
Trekking w Nepalu to najbardziej bezstresowy wyjazd w moim życiu, bo nie musiałam się niczym martwić, wszystko było z góry zaplanowane i dopięte na ostatni guzik.Oczywiście, było wiele niedogodności – spartańskie warunki, zimno, rozrzedzone powietrze, konieczność dostosowania się do grupy, ale zabrakło elementu przygody, niepewności, przełamywania strachu. Wolności i improwizacji.
Nie zrozumcie mnie źle, będę ten wyjazd wspominać do końca życia jako spełnienie największego marzenia.. Ale Himalaje nigdy nie będą moim miejscem – są zbyt egzotyczne, groźne, dalekie i co tu dużo gadać – drogie. W tych górach nie poradzę sobie sama, a to jest dla mnie bardzo ważne. Myślę, że już nigdy tam nie wrócę.

10 uwag do wpisu “Nie takie Gokyo straszne, jak je malują (Gokyo Ri 5357 m npm)

  1. Kto ma najgrubsze ubranie z Drużyny Pierścienia?
    I jeszcze jedno, wychwalałaś Himalaje ale w końcu wymiękłaś, Pireneje najpiękniejsze!
    Nie napisałaś tego ale nie wszystko trzeba napisać żeby wiedzieć?

    Polubienie

  2. Z podziwem patrzę na ludzi którzy kochają podróże i z radością opowiadają o każdym dniu nawet trudnej wędrówki. Tutaj mamy do czynienia,moim zdaniem z “antymiłoscią” i negatywnym stosunkiem do podróży…
    Jedynym pozytywem tego himalajskiego doświadczenia jest uświadomienie sobie autorki,że “Himalaje nigdy nie będą moim miejscem” oraz,”że nigdy tam nie wrócę”.
    I mogę jedynie mieć nadzieję, że bohaterka dotrzyma słowa…

    Polubienie

    1. A ja mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Jak pisałam – celem był trekking i przebywanie w Himalajach, a nie zdobycie Gokyo Ri. Jeśli chodzi o rzekomy negatywny stosunek do podróży proszę przeczytać posty z Pirenejów, greckich wysp, Kanarów. To są moje miejsca. Pozdrawiam!

      Polubienie

  3. Pani Kasiu,śledzę Pani podróże i wpisy i przekonany byłem,że podróże to faktycznie Pani życie.Dlatego z bólem odnotowałem i zacytowałem Pani słowa w poprzednim komentarzu…Tak,to są słowa osoby,która powinna podróżować po przyjaznych Kanarach,po uroczych greckich wyspach czy nawet wymagających Pirenejach ale nie po Himalajach. Bo skoro zapewnia Pani czytelnika,że „Himalaje nigdy nie będą moim miejscem” i „nigdy tam nie wrócę ” to jaki to ma stosunek?Dla mnie „negatywny”…
    I oby omijała Pani takie destynacje szerokim kołem, szczerze życzę.

    Polubienie

    1. Nie wydaje mi się, żeby to był stosunek negatywny. Przecież, mimo tego, że Himalaje są najwyższe i obiektywnie najpiękniejsze, to można się czuć dużo lepiej (a nawet czuć jak u siebie) w innych górach. W Himalaje nie wrócę, bo nie było tam aż tak wspaniale, żeby drugi raz się poświęcać dla takiego wyjazdu (np. siedząc do 22 w pracy). Nie wszystko się da wyjaśnić pisząc, na koniec tylko dodam, że podróże może były moim życiem kilka lat temu, aktualnie równie dobrze mogę się cieszyć słonecznym dniem w Beskidzie Wyspowym jak patrzeniem na Ama Dablam.

      Polubienie

  4. Jednym słowem jeżeli niezbyt przepadasz za Himalajami to nie przyznawaj się do tego! Moją destynacją są kanadyjskie Góry Skaliste i co z tym zrobić?

    Polubienie

  5. Płaczę, jak to czytam, bo czuje ponownie, jak płytki był oddech, jak ciężko było zrobić krok, jak czekali na mnie porterzy, a ja robiłam dwa kroki do przodu i pyk! przystawałam, żeby ten płytki oddech złapać 🙂 Ja wracam 🙂 Muszę 🙂

    Polubienie

Odpowiedz na Kasia Zajkowska Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.