Prolog czyli zombie na Matecznym*
Piąta rano, ciemna noc, z zajezdni powoli wyjeżdżają pierwsze tramwaje a ulicami snują się niedobitki z piątkowych imprez. Przy stoliku pod MacDonaldem siedzi zakapturzona postać z bagażami. Człowiek, którego raz po raz telepie z zimna przypomina zombie – nieprzytomy wzrok, blada wymęczona twarz, obezwładniająca niemoc. Kiedy podjeżdża wielki amerykański krążownik szos ożywia się na moment i wpełza do środka. Auto rusza z piskiem opon i wjeżdża na pustą o tej porze Zakopiankę.

Tniemy w stronę dawnego przejścia granicznego w Jurgowie a przed nami wyłania się mur stożkowatych szczytów Tatr Bielskich, błyszczących w blasku wschodzącego słońca. Nad polami unoszą się mgły, towarzystwo w samochodzie budzi się z letargu, w ruch idą telefony i aparaty, trzaskamy zdjęcia jak papparazzi. Zapowiada się piękny dzień.

8.30 am. Strbskie Pleso – czas start. Szybkie spojrzenie na mapę i to, co nas dziś czeka. Po polskiej stronie lodowisko, tu na Słowacji ciepło i słonecznie. Mimo wczesnej pory na szlaku spory ruch (nie wiemy jeszcze, że potem będzie wręcz kolejka na szczyt). W skład wycieczki wchodzą : Asia i Darek aka Boro ( ale umownie nazwjimy ich Smerfami, ze względu na pasujące do siebie błękitne outfity) i Ola, która kilka tygodni wcześniej towarzyszyła mi w drodze krzyżowej na Krzyżne.

W pogoni za Smerfem
Pierwszy etap : Strbskie Pleso – Popradzkie Pleso. Lekka, łatwa i przyjemna wędrówka lasem, a potem wejście w dolinę. Przyjemna, jeśli śpi się więcej niż 2 godziny. Lekka, jeśli nie goni się za Smerfami – zapieprzają tak, że ledwo widzę migające w dali niebieskie koszulki. Smerfy są po AWF-ie, to wszystko tłumaczy, nawet Ola za nimi nie nadąża. Biegnę za nimi z językiem na brodzie, przeklinając godziny spędzone na sofie na oglądaniu seriali, zamiast na siłowni. Dolina Mięguszowiecka zachwyca jak za pierwszym razem, ale jakoś mało kolorów jesieni. Jest pierwszy października, a po tej stronie Tatr wciąż lato. Pod spodem porównanie warunków sprzed roku.
Wreszcie popas w cieniu schroniska nad Popradzkim Plesem. Wystarczy chwila w cieniu a robi się lodowato. Schroniskowy śliczny owczarek żebrze o jedzenie ( musiał wywąchać kotleta którego mam w plecaku), a my nieśmiało wyciągamy nasze kanapki na tarasie restauracji. Pewnie trzeba coś kupić, ale my mamy plecki wyładowane prowiantem. Siedzimy tam jakieś pół godziny, ale nikt nie zwraca na nas uwagi ( oprócz psa )
Misja na Marsa
Kolejny etap to niezliczone zakosy wprowadzające nas na próg doliny. Idę tym szlakiem pierwszy raz, dlatego przy każdym podejściu pod górę myślę, że zaraz zobaczymy płaskowyż ze stawami. Wokół spektakularne widoki a pogoda za milion dolarów. Pogoń za Smerfami przerywają liczne sesje zdjęciowe.
Na szlaku tłumy (część z nich odbija na Rysy,ale i na naszej ścieżce mnóstwo ludzi). Chyba cała Słowacja postanowiła wykorzystać ostatni ciepły jesienny weekend. Raz po raz słyszymy język polski – wygląda na to, że część tatromaniaków po analizie pogody i warunków postanowiła, jak my, zaatakować coś po słowackiej stronie. Widzimy bardzo dużo ludzi z psami. Po polskiej stronie nie wolno, bo rzekomo płoszą zwierzęta, ciekawe, że na Słowacji już nie…
W końcu jest – rozległa dolina która przypomina Marsa i Wielki Hińczowy Staw i kilka mniejszych. Za murem poteżnych Mięguszowieckich Szczytów znajduje się Morskie Oko, widzimy małe ludziki spacerujące po Przełęczy pod Chłopkiem, która z tej strony wygląda naprawdę lajtowo.
Następny etap to mozolne podejście pod Wyżnią Koprową Przełęcz. Włączam czwarty bieg i bez straszliwej zadyszki udaje mi się zdobyć siodło pomiędzy dwoma dolinami. Mega upał – w plecaku dźwigam puchówkę i polary, a żałuję że nie mam krótkich spodenek na zmianę. Na przełęczy zakładamy ostatni obóz przed atakiem szczytowym. Z upału i zmęczenia cierpię na jakiś jadłowstręt ( to się później zemści), siedzę i rozkoszuję się ciepłym jesiennym dniem i słońcem świecącym mi prosto w twarz. Tymczasem obok mnie rozgrywają się sceny przemocy domowej, przynajmniej tak to wygląda dla przypadkowego obserwatora.
Nie wiem dlaczego, ale mam z przełęczy bardzo mało zdjęć – zajmuję się konwersacją z wesołym towarzystwem, a nie dokumentacja wycieczki. Zdecydowanie nie jestem niewolnikiem bloga. Nie chce mi się robić zdjęć – to nie robię. Potem oczywiście żałuję :-)
Jak zostałam ofiarą choroby wysokościowej
Na szczyt rzut beretem. Pozornie. To, co z przełęczy uznałam za szczyt to taka górka przed, jak na Broad Peak Wierzchołek Południowy. Potem wąska przełączka i ostatnia ” prosta” na szczyt. Tam dopada mnie choroba wysokościowa. Widzę zacienioną przepaść pokrytą lodem a wyobraźnia zaczyna kręcić filmy.
Spałam dwie godziny, prawie nic nie jadłam. Zaczyna mi się kręcić w głowie, ogarnia mnie ogromna słabość. Pierd….nie idę dalej, tu na Was zaczekam….mówię do Oli. Czyli klasyka w moim wykonaniu. Tak, jestem człowiekim,który łatwo się poddaje i nie wierzy w siebie – myślę. Pertraktacje trwają z 10 minut,w końcu wlokę się na górę. Przeważa argument : a co z Twoim kotletem, który miałaś zjeść w blasku fleszy na szczycie?
Kotlet na Koprowym
Byłabym strasznie głupia, gdybym tuż przed szczytem zrezygnowała, bo to co widać z Koprowego powala na kolana, nawet tych, którym wcześniej nie kręciło się w głowie.

Na szczycie taki tłum, że ledwo można znaleźć kawałek miejsca. ( czy wspomniałam ,że Smerfy siedzą tu już od pół godziny i trzymają nam miejscówkę?) Do tego doszło – trzeba zajmować miejsce na dwutysięczniku… :-P Kilka łyków herbaty od Pani Smerfowej, kilka kęsów kotleta i w 5 minut staję na nogi! Siły wracają w mgnieniu oka, tak samo jak nagle zniknęły tuż przed szczytem. Prawie jakby mnie podłączyli do tlenu ;-) Cud!
Czy w lesie mieszkają wilkory…?
Niestety, czas nas goni, październikowe dni są krótkie…trzeba schodzić, że szczytu. Ja, osoba, która pół godziny wcześniej mówiła, że nie ma siły iść dalej, teraz udzielam porad wchodzącym na górę przypadkowym ludziom. „Raz, dwa, dacie radę!” etc Śmieję się sama z siebie ;-)


Po drodze, gdzieś w okolicach ” Wierzchołka Południowego” nagle w polu widzenia pojawia się znajoma postać. Znajoma…z fejsa! Wreszcie udaje mi się spotkać na żywo Kasię prowadzącą fan page – Chodząc po Tatrach. Nie ma czasu na pogawędki, nie zatrzymujemy jej w ataku szczytowym, za to umawiamy się wstępnie w knajpie w Zakopcu ( nie wiemy jeszcze, że wieczorem będziemy tak wykończone, że nie dotrzemy na spotkanie)
Dzień się kończy, schodzimy powoli stromą ścieżką, słońce chowa się za turniami a nad dolinę nachodzi coraz większy cień. Zmęczenie i całodzienne oddychanie tatrzańskiem powietrzem działa na nas jak dobre dragi. Rozmowy tak absurdalne, że nie ma sensu ich przytaczać i dywagacje czy w ciemnym lesie nie kryją się wilkory.

Kiedy tylko gaśnie słońce robi się przeraźliwie zimno – uroki jesiennych wieczorów w górach. Do auta docieramy o zmroku, dokładnie 10 godzin od opuszczenia parkingu w Szczyrbskim Plesie. Kołysana do snu w wielkim amerykańskim samochodzie, marzę żeby droga do Zakopca trwała wiecznie. Niestety, pod pensjonatem nasze drogi się rozchodzą…Smerfy odjeżdżają w swoją stronę, a my wleczemy się na kwaterę, bo jutro czeka nas nowa przygoda. Żeby było śmieszniej – też na Słowacji. Ale to już inna historia….
Chodzę po górach sama. Wyjazd z kimś to dla mnie wyjście poza strefę komfortu. Wycieczka czterosobowa to już prawie jak ekspedycja w Himalaje. Kilka dni analizy prognoz pogody i czekanie na okno pogodowe,ustalanie godziny ataku szczytowego, zakładanie obozów, dzielenie się prowiantem i co najważniejsze – wspólne wrażenia i wspomnienia, głupie rozmowy na temat różnicy między przełęczą a przedziałkiem, brzuch bolący ze śmiechu. Mimo, że jestem alienem i uwielbiam przeżywać góry sama, to teraz, kiedy wspominam ten październikowy dzień bardziej niż krajobrazy ( a te były przecież spektakularne) mam w pamięci wesołe towarzystwo. Gdyby nie Ola, pewnie bym się załamała i nie wylazła, gdyby nie Asia i Darek pewnie tego dnia nie dotarłybyśmy wcale na Koprowy ( załatwili auto). Moi drodzy – dzięki za fajną wycieczkę! Może czasem warto się jednak posocjalizować….
*Mateczny – rondo Matecznego w Krakowie znajdujące się tuż przy wylocie na Zakopiankę
*jako, że z Koprowego mam bardzo mało zdjęć, postaram się tam wrócić, nie tylko po to, żeby uzupełnić szlakową dokumentację, ale przede wszystkim dlatego, że to naprawdę cudowny szlak!
Kotlet w górach to dobra rzecz ;) Na Koprowym mnie nie było, coraz bardziej mnie ten temat zaczyna swędzieć. Może najbliższe lato? :)
PolubieniePolubione przez 1 osoba
ja polecam ;-) i czekam na lato, żeby na Koprowy wrócić
PolubieniePolubienie
Bardzo mi się podoba relacja z wejścia na Koprowy Wierch. Chciałbym ,żeby każda nasza wycieczka była tak dokumentowana.
PolubieniePolubienie
to może jeszcze uda się kiedyś razem wybrać – może Rysy od Słowackiej strony? :-D
PolubieniePolubienie
Trzeba to będzie kiedyś powtórzyć!!:) Pamietam, że było przępieknie i wesoło, ale nie potrafiłabym przypomnieć sobie tylu szczegółów!
A.
PolubieniePolubienie
nie pamiętam co było w piątek w pracy po weekendzie, za to pamiętam ze szczegółami wycieczki sprzed kilku miesięcy a czasem nawet lat. po prostu pamiętam to, co warto pamiętać ;-)
PolubieniePolubienie
Kotlet na szlaku zawsze spoko :)
My na Koprowy nie dotarliśmy. Zatrzymała nas kontuzja. I to całkiem blisko już. Gdzieś tak właśnie w okolicy „Wierzchołka południowego”. Szkoda, bo oglądając szczytowe foty u innych delikatnie zieleniejemy z zazdrości. ;) Ale, góry nie przestawią, więc nadrobimy.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
no właśnie, ja zawsze wychodzę z założenia, że zawsze można powtórzyć ;-) na Kopę Kondracką za 3 razem weszłam, bo najpierw był grad a za drugim razem burza;-)
PolubieniePolubienie
Ja podobnie jak Skadi Koprowego jeszcze nie odwiedzałem ;) Ciągle liczę, że kiedyś się znajdzie jakiś tydzień by wyskoczyć na słowacką stronę Tatr i kilka miejscówek obskoczyć :D bowiem czeka nie tylko Koprowy, ale i Krywań, Sławkowski i parę innych ;p
A o panoramie ze szczytu Koprowego wiele dobrego już słyszałem, zatem czas wreszcie przekonać się na własnej skórze o tym ;D Tyle że kusi mnie zejście do Doliny Hlińskiej i dalej do Doliny Koprowej. To znacznie dalej ale ponoć wiele spokojniej :)
PolubieniePolubienie
widzisz, ja mam to szczęście, że mogę w Słowackie skoczyć nawet na weekend, nawet bez auta :-D Sławkowski jest w planach :-D na Krywaniu przygotuj się na tłum, to święta góra Słowaków, ja nie byłam ale słyszałam, że masakra :-P
PolubieniePolubienie
5 rano na matecznym trochę późnawo jak na taki wypad
PolubieniePolubienie
ja do 23 pracuję, normalnie chodzę spać ok 2, dla mnie to jak środek nocy :-P ale – zdążyliśmy przed zmrokiem na styk, nie? :-D
PolubieniePolubienie
Chciałabym posłuchać tej dyskusji o różnicach pomiędzy przełęczą a przedziałem! 😀
PolubieniePolubione przez 1 osoba
poziom abstrakcji był konkretny :-D nie trzeba pić ani nic palić, wystarczy nie spać w nocy i cały dzień wdychać górskie powietrze ;-)
PolubieniePolubienie
czasem chodzę w góry sama, ale właśnie chyba to jest dla mnie wyjście poza strefę komfortu, żeby być sama ze sobą jednak:)
widoki genialne (jeszcze te jesienne kolorki <3), Koprowy podziwiałam do tej pory tylko od polskiej strony, marzy mi się taka wycieczka jak Twoja :)
Pozdrawiam!
PolubieniePolubienie
ja lubię być sama ze sobą, może dlatego że na codzień jestem zmuszona siedzieć na open spejsie :-P czasem tylko w górach mam lekkie uczucie niepokoju, zwłaszcza w nieznanych ;-) w Tatrach tak naprawdę ciężko być samemu….Wiesz, że Polonus jeździ na Słowację? Teraz dużo łatwiej będzie dotrzeć z Krakowa ;-) i możesz dotrzeć na Koprowy. Zresztą ja też chyba się tam jeszcze wybiorę
PolubieniePolubienie
Wracać się tą samą drogą – porażka . Tego co ja najbardziej nie cierpię w górach to powrót tą samą drogą. , Ale rozumie że trzeba było wam się wrócić po auto na Stribskie pleso . Ostatnio byliśmy na Koprowym dwa tygodnie temu – ale co do powrotu to rzecz jasna na Morskie Oko przez przełęcz pod Chłopkiem z obowiązkowym zaliczeniem Czarnego Mięgusza . Tutaj – Uwaga !!! podczas wiosennych rostopów lubią tu spadać z góry kamienie , jak słońce w szczególności w porze południowej ostro praży. Po zejściu z Koprowego trzeba obejść do okoła z prawej strony Hinczowy i piargami dość upierdliwie do góry /bez szlaku/ , ale dużo wygodniej niż na przysłowiowym Kulczynie . Ten odcinek bajecznie prosty , ponieważ przełęcz widać jak na dłoni. Wycieczka dużo bardziej fascynująca i widokowa z odrobiną hardcoru . Warunek to trzeba wyjść wcześnie nad ranem ze schroniska przy Popradzkim Stawie 3-4 rano. Uwaga ! w sezonie w schroniskach słowackich był i jest do tej pory problem ze znalezieniem noclegów oraz niemiłą obsługą oraz pijani imprezowicze / darcie japy do rana /.Tutaj już nie wyśpisz się za dwie dychy na tzw. glebie jak u nas w piątce. My spaliśmy pod chmurką przed schroniskiem ciepły śpiwór oraz karimata najlepiej samopompująca obowiązkowo.
PolubieniePolubienie
wcale ten powrót nie był taki straszny… Wesoło było ;-) Przełęcz pod Chłopkiem – niestety, nie ten level, ja bym tam nie dała rady ;-) Od słowackiej strony faktycznie przełęcz wygląda lajtowo. Dzięki za ostrzeżenie – właśnie się zastanawiałam, czy nie spać nad Popradzkim Stawem, teraz pod koniec lipca. Ale darcia mordy nie zniosę ;-) Faktycznie, jeśli nie robią problemów, lepiej już na zewnątrz…
PolubieniePolubienie