Góry, czacza i krowie placki. Moje pierwsze spotkanie z Gruzją

Gruzja to nie jest kraj dla każdego. Mam wrażenie, że nie każdy by tu wytrzymał. Dzień pierwszy. Po nieprzespanej nocy i kilku godzinach telepania się po serpentynach i wertepach nasza marszrutka łapie gumę. Stoimy na zakręcie nad przepaścią. Koła zapasowego nie ma, no bo po co…. Kierowcy zaglądają pod podwozie, deliberują, palą fajkę za fajką. Nasza grupa chroni się w nikłym cieniu rzucanym przez słup wysokiego napięcia. Czekamy.

Mestia. Pokój z bookingcom to pomieszczenie w piwnicy bez okna – bez wahania odwracam się na pięcie i z ciężkim plecakiem wędruję w upale od domu do domu szukając nowego noclegu. Żar leje się z nieba, a ja idąc z trudem omijam krowie placki. Migrena. Oglądam koleje pokoje bez okien i pokój na strychu, wreszcie ostatniem sił docieram znanego z wielu blogów guesthousu. Spuszczam z tonu – jestem burżujem, ale mija 30 godzina od kiedy jestem na nogach i pokój 2 x 2 m z łóżkiem i oknem w zupełności mi wystarcza.

Swanetia Uszba
gdzieś w Swanetii

Knajpa na głównym placu. Zamawiam lokalny specjał. Puree z serem i  home made kiełbasa. Wyobrażcie sobie miskę pełną roztopionego sera, bleee.  Mecz Polska- Ukraina. Łep mi pęka, dziś nie piję. Kupuję piwo. Na meczu wieje nudą, sytuację ratuje koniak domowej roboty. 12 zł za pół litra. Wracam do hostelu. Padam. Na śniadanie dają kaszę,kapustę, zupę mleczną i ziemniaki. Z trudem opanowuję mdłości i wmuszam w siebie kawałek chaczapuri. „Dziwnie tu” piszę do brata na fejsie. W ciągu pierwszej doby Gruzja kilka razy wystawia mnie na próbę.

A potem pierwszy raz widzę rogatą Uszbę wyglądającą zza trzytysięczników. Euforia.  Z każdą chwilą jest już tylko lepiej.  Kiedy 10 dni później samolot Wizzaira  startuje z lotniska w Kutaisi mam łzy w oczach. Wpadłam po uszy.

Uszba trekking
Uszba, Uszba pokaż rogi…

Sama nie wiem, co napisać o Gruzji. Zdaję sobie sprawę, że niemal każdy bloger już tam był, a ci co jeszcze nie byli, pewnie odwiedzą mały kaukaski kraj w najbliższym czasie. Zdaję sobie sprawę, że pewnie nic nowego nie powiem…

Bardzo się bałam jechać do Gruzji. Na początku – bałam się jechać jako samotna kobieta. Potem – że nie będzie pogody. W końcu, że zbyt dużo od Gruzji oczekuję, a to na pewno skończy się rozczarowaniem ( patrz Azory i trauma deszczowa). Ba, po przeczytaniu książki Mellera bałam się, że obcy ludzie będą mi wlewać od gardła alkohol, a ja w wirze biesiady pogubię kasę i dokumenty.  Ale po pierwszym koszmarnym dniu i delikatnym szoku kulturowym okazało się, że to idealne miejsce dla mnie. Byłam głupia, że tak długo zwlekałam. Nie razi mnie bałagan i dezorganizacja, w marszrutce da się wytrzymać, a nawet czytać książkę, krowie placki przeskakuję z gracją,  kaukaskie szczyty zapierają dech w piersiach, a po czaczy nie ma kaca. Raj na ziemi!

Mestia
przypadkiem znalazłam taką miejscówkę

Dziesięć dni minęło niespodziewanie szybko, wrażenia, miejsca i ludzie nieco się pomieszały. Gdyby nie 30 Gb zdjęć, myślałabym, że to był tylko sen.  Na falach euforii dziś mogę tylko wykrzesać z siebie kilka spostrzeżeń na szybko. Zdecydowanie subiektywnych. Być może stali bywalcy Gruzji będą się ze mną spierać, ktoś może mi zarzucić, że to, co zobaczyłam i przeżyłam to nie jest prawdziwa Gruzja, że byłam tam za krótko. Podkreślam – wszelkie wrażenia i opinie zawarte w artykule są subiektywne, pisane na świeżo i oparte na moim pierwszym, krótkim,ale jakże pozytywnym zderzeniem z gruzińską rzeczywistością. Czy tak jest naprawdę, nie wiem. Ja taką Gruzję zobaczyłam ;-)

POGODA

Długo się zastanawiałam, czy czerwiec to dobry moment. Podobno to najbardziej deszczowy miesiąc. Fakt – padało niemal codziennie, ale nigdy nie lało, jak u nas przez cały dzień (czasem np. przed godzinę etc.) W górach często uciekałam przed burzą. Na wysokości ok. 2500 m. n.p.m był taki upał, że ledwo dało się iść. W Tbilisi odczuwalna ok. 40 st. Duża wilgotność. Jednym słowem – źle nie było, ale chyba następnym razem  wybiorę wczesną jesień, kiedy pogoda będzie bardziej stabilna.

Tetnuldi Swanetia
burza nad Tetnuldi

MARSZRUTKI

Wsiadając do marszrutki ( busika pełniącego funkcję autobusu ) dobrze jest mieć spisany testament. A już na pewno mocne nerwy. Kto ma chorobę lokomocyjną, niech się raczej do marszrutki nie zbliża. Kierowcy jeżdżą jak szaleni, stan dróg pozostawia wiele do życzenia, wiele razy droga biegnie serpentynami nad przepaścią. Niekiedy pasażerowie dosłownie podskakują pod sufit. Mimo, że na zewnątrz 35 stopni w cieniu, o klimie zapomnijcie. Za to z okien wieje jak na tatrzańskiej grani ( bez chustki na głowie do busika nie wsiadałam) . Z głośników zazwyczaj gra gruzińskie/ rosyjskie disco połączone z folkiem. Czasem współpasażerowie podśpiewują. Duży plus – co dwie godziny przystanki na siku, fajkę, jedzenie. Przeżyłam w marszrutce 8 godzin jazdy przez całą Gruzję, po konsumpcji czaczy poprzedniego wieczoru, teraz już nic nie jest dla mnie straszne ;-).  Żeby nie patrzeć na drogę i nie umierać ze strachu, trzasnęłam 150 stron książki. Generalnie różnica między marszrutką a Szwagropolem lub Polskim Busem jest jak między Emirates a Ryanairem.

Ps. Warto wiedzieć – lepiej nie wsiadać do pustej marszrutki, to tak jakbyście brali ślub z busiarzem i jeśli coś nadjedzie wcześniej, nie będzie Was chciał wypuścić. Dobrze jest obserwować sytuację i wsiadać dopiero, kiedy zaczną się zbierać ludzie, wtedy jest jakaś szansa na odjazd. Busiarze to swego rodzaju mafia i jeśli jeden drugiemu podbierze pasażerów to jest wielka afera ( widziałam na własne oczy).

BEZPIECZEŃSTWO

Podczas pobytu w Gruzji bałam się tylko raz – nie wędrując sama po górach,nie uciekając przed burzą ani łążąc nocą po zaułkach w Tbilisi, ale właśnie w marszrutce. Przed wyjazdem miałam obawy, czy to bezpieczny kraj dla samotnej kobiety. Oprócz nieszkodliwych zaczepek panów na traktorach etc. nic złego mi się nie przytafiło. Nie było propozycji małżeństwa ani nawet wspólnej imprezy. Być może dlatego, że spocona, rozczochrana i w brudnych ciuchach musialam wyglądać dość antypatycznie i mało atrakcyjnie. Może czas się wziąc za siebie, hehe. Stopem jechałam raz, ale byłam zdesperowana, żeby zdążyć na mecz. Ogólnie – z mojej perspektywy było OK.

PSY

Są wszędzie – może bezpańskie, może półdzikie a może po prostu spragnione nowego towarzystwa. Pierwszy radośnie hasał już pod lotniskiem, witając turystów. Tak jak w krajach śródziemnomorskich czatują przy stoliku w restauracji czekając na resztki ( miałam wręcz obawy, że zaraz porwą mi kiełbasę z talerza). Kręcą się na parkingach. W Gruzji funkcjonuje też instytucja psa – przewodnika.

Gruzja trekking
mój przewodnik

Taki samozwańczy, nieoficjalny przewodnik namierza delikwenta idącego na szlak i towarzyszy mu przez całą drogę, niarzadko kosztem ogromnego zmęczenia ( mój nie mógł znieść upału i chował się za kamieniami, etc). Żeby nie było – nie żebrze o jedzenie, nie musi – przecież grzech nie podzielić się z pieskiem prowiantem. Ponoć zdarzają sie też psy agresywne ( ja natknęłam się na jednego – mały kurdupel pod domem szybko spacyfikowany przez właściciela).

KROWIE PLACKI

Krowa to, obok psa, drugie najważniejsze zwierzę w Gruzji. Zwierzaki zawłaszczają przestrzeń publiczną, łażą beztrosko po drogach, blokują ulice, ba można się zabić o krowę leżącą na ścieżce wracając ciemną nocą do domu. Przeskakiwanie przez krowie placki to podstawowy element spacerów po Mestii ( i Swanetii). Po pewnym czasie można dojść do perfekcji. W górskich kurortach śmierdzi łajnem. Można się przyzwyczaić. Poza tym – krowy i cielaczki pasące się pod czterotysięcznikami są bardzo fotogeniczne. A wołowina w knajpie wyborna ( jak by powiedział Makłowicz) i tańsza niż w Polsce.

JEDZENIE

Wszyscy rozpływają się nad gruzińskim jedzeniem, ja natomiast przez pierwsze dni myślałam, że będę pierwszą osobą, która w Gruzji schudnie. Swaneckie śniadanie nie nadawało się do niczego, w górach nie było ani kiedy ani co jeść ( zapychałam się chlebem, serem i pomidorami – nic innego w Mestii nie dało się kupić jako prowiant); chwilę trwało zanim trafiłam na dobrą knajpę. Gruzińskie jedzenie nie do końca trafia w moje gusta, moim zdaniem jest dość ciężkie i wysokokaloryczne ( dużo potraw mącznych), zwłaszcza w górskich miejscowościach.

Nic dziwnego – w takich surowych warunkach używa się lokalnych produktów i trzeba budować masę. Co ciekawe – nie zarejestrowałam wielu otyłych osób.Może dlatego, że żywność jest domowa, bez konserwantów, nieprzetworzona.  Po kilku dniach przyzwyczaiłam się do gruzińskiej kuchni i starałam się codziennie próbować nowych potraw. Wszystko było smaczne, świeże, zdrowe. Nic mi nie zaszkodziło ani nie bolał mnie brzuch z obżarstwa. Ponoć dobrze jest podlać kolację czaczą na trawienie ;-)

CZACZA

„Gruzja? Tam trzeba dużo pić, inaczej się tego nie ogarnie” – poradził mi mój lekarz, znany gastrolog. Czacza to osławiona gruzińska wódka domowej produkcji ( chyba nikt tu nie słyszał o akcyzie), o której tyle naczytałam się u Mellera. Przez pierwsze dni myślałam, że będę jedyną osobą co w Gruzji czaczy nie spróbowała. Ale wtedy nastał dzień meczu Polska – Szwajcaria, cała knajpa Polaków, wspólne śpiewanie : „Polska Biało- Czerwoni” i zalewanie nerwów winogronową wódką.

Powiem tak – rozlewana z plastikowego baniaka do flakonów czacza wchodziła jak woda ;-). Miała lekki posmak winogron i pewnie z 50 %. Nie ukrywam, posmakowała mi. Później miałam jeszcze okazję pić czaczę w Kazbegi, ta z kolei smakowała jak bimber, ale i po niej nie było żadnych efektów ubocznych w postaci bólu głowy. Dlatego nie będę z rozrzewnieniem wspominać gruzińskiego wina, tylko właśnie czaczę.

Mestia
Mestia wieczorową porą

Myślę, że  jeden kieliszek/szklanka na trawienie jeszcze nikomu nie zaszkodziły, po dwóch kaukaskie szczyty stają się jeszcze piękniejsze, a po trzech – z telefonu na fulla puszczamy gruzińskie disco. Czaczę chyba najlepiej kupować u gospodyni albo w knajpie, ale widziałam też babcie w centrum Tbilisi sprzedające trunek w plastikowych butelkach po coli. Co kraj to obyczaj ;-)

Jeśli chodzi o ogólną konsumpcję alkoholu – wbrew temu, co można wywnioskować po książce Mellera  – wcale nie widziałam na ulicach więcej pijanych ludzi niż w Polsce. Miałam okazję natomiast zobaczyć na własne oczy kapliczkę na poboczu górskiej drogi, gdzie kierowcy pili czaczę na pamiątkę tych, co zginęli w wypadkach samochodowych.

LUDZIE

Wszyscy trąbią, że Gruzja to przede wszystkim cudowni, gościnni ludzie. Wydaje mi się jednak, że czasy kiedy zapraszano każdego wędrowca do domu, karmiono i pojono winem już się skończyły. Biorąc pod uwagę stale rosnącą liczbę turystów, trudno się dziwić – chyba by zbankrutowali, gdyby chcieli gościć każdego przybysza. Nie zmienia to faktu, że wszyscy byli dla mnie mili, większość rzeczy dało się bezproblemowo załatwić, GMT ( Georgia Maybe Time) funkcjonuje doskonale – spóźnienie się 40 min na busa  to nie tragedia, kiedy wylałam colę przy okienku w kantorze, pani, zamiast mnie opieprzyć, ze z napojami nie wolno, jeszcze z uśmiechem podała mi chusteczki. Wydaje się że ludzie mają czas, żeby ze sobą rozmawiać, zwolnić, cieszyć się chwilą, mimo, że nie mają dużo kasy i żyją dość biednie ( jak na nasze warunki). Czułam tam jakąś taką atmosferę luzu, którą bardzo lubię.

Kolejna sprawa to inni turyści spotykani po drodze. Kto mnie zna, ten wie, że jestem trochę takim alienem i nie szukam towarzystwa, zwłaszcza w podróży. W Gruzji  było inaczej – codziennie poznawałam masę ludzi, głównie Polaków i wszyscy byli naprawdę super! Wspólne kibicowanie polskim piłkarzom na Euro 2016, biesiady, spotkania na szlakach, na wycieczkach czy po prostu w marszrutce. Miałam jakieś dziwne wrażenie, że Gruzja sprawia, ze ludzie są bardziej otwarci, chętniej się socjalizują. A może po prostu taki typ ludzie tłucze się po zadupiach. Ci, którzy wolą all inclusive i picie drinków na plaży zostają w Batumi. Co ciekawe, miałam szczęście spotykać póżniej nowych znajomych gdzieś dalej w drodze, aż w końcu miałam poczucie, że ja tu wszystkich znam ;-). Tak czy siak, spotkałam tyle osób, że zapamiętałam zaledwie kilka imion. Dzięki za wspólne podróżowanie po Gruzji! Jeśli to czytacie, odezwijcie się ;-)

BAŁAGAN

Ktoś chyba kiedyś pisał o gruzińskiem pierdolniku – bałagan, chaos, ruiny, niedokończone budowy, wraki samochodów, pies leżący na środku drogi, dworzec marszrutek na środku targu. Wokół czterotysięczniki, ale gruzińskie wioski nie mają nic z wymuskanych alpejskich kurortów. W Tbilisi jest nieco lepiej, choć obok topowych atrakcji jak np. łaźnie są po prostu slumsy ( a przynajmniej uliczki, gdzie bałabym się sama zapuścić). Czy mi ten chaos przeszkadza? Oczywiście, że nie! Sama jestem bałaganiarzem.

 

GÓRY

Nie pojechałam do Gruzji dla zabytków, ludzi, jedzenia ani żeby napić się czaczy. Leciałam 3,5 godziny samolotem i tłukłam się marszrutkami po to, żeby pokłonić się Szcharze, Uszbie i Kazbekowi. To, co zobaczyłam na Kaukazie ciężko będzie przebić, moje ukochane Tatry wydają się teraz takie niepozorne i mało spektakularne, swojskie. Dopóki nie zobaczę Ama Dablam, Uszba będzie moją ulubioną górą, piękna z każdej perspektywy, hipnotyzująca. Miałam ambitne trekkingowe plany, nie udało mi się do końca zrealizować żadnego. Kaukaz i upał mnie pokonały. Czy jestem niezadowolona? Nie! Jestem szczęśliwa, że mogłam to wszystko zobaczyć na własne oczy. Jeśli ktoś kocha góry to w Gruzji ( zwłaszcza w Swanetii) poczuje się jak w raju.


Długo nie mogłam dotrzeć do Gruzji, teraz myślę, że głupia byłam i niepotrzebnie straciłam tyle czasu. Ale być może do pewnych podróży i miejsc człowiek musi dojrzeć. W Gruzji usypiało mnie ryczenie krowy, a budził mnie śpiew ptaków. Oglądałam zaśnieżone szczyty oświetlone zachodzącym słońcem, uciekałam przed burzą wiszącą nad czterotysięcznikiem, manewrowałam między krowimi plackami.  Drżałam o swoje życie w marszrutce, kibicowałam polskiej reprezentacji w knajpie pełnej Polaków, piłam czaczę z nowo poznanymi ludźmi; prowadziłam konwersacje z psem przewodnikiem. Przyleciałam do Polski kilka dni temu, wciąż nie mogę dojść do siebie. Gdybym mogła, spakowałabym manatki i wróciła do Gruzji  jeszcze dziś. Kanary, Grecja, Tatry – wszystko się chowa. To był najlepszy wyjazd ever! 

Swanetia Mazeri
raj

 

To be continued…..

 

Byliście w Gruzji? Jakie były Wasze pierwsze wrażenia? A jeśli nie – czy ten wpis zachęcił Was, żeby się wybrać?

19 uwag do wpisu “Góry, czacza i krowie placki. Moje pierwsze spotkanie z Gruzją

    1. hehe, ja to bym bilet na jesień kupowała, jakbym mogła ;-) w sumie na każdym blogu są wpisy ” Gruzja – info praktyczne”, sama nie wiem, czy będę taki umieszczać. Na żywo Ci jutro opowiem jak się to organizuje ;-)

      Polubienie

  1. Ja czekam na informacje bardziej praktyczne: opisy miejsc gdzie byłaś, lokalizacje fajnych szlaków, punktów widokowych ;)

    Gruzja jest wysoko na mojej liście, ale do chodzenia po górach trzeba mieć kondycję, a moje zdrowie ostatnio nie dopisuje, więc nawet Tatry ostatnio nie wypalają poza dolinkami ;) A pojechać do Gruzji i nie pójść w góry – świętokradztwo ;)

    Polubienie

    1. hej! opisy szlaków będą na pewno, info praktyczne – nie wiem, jest na wielu blogach, no chyba, że opiszę plan wycieczki i jak to samodzielnie zorganizować.Mam nadzieję, że będzie lepiej i wkrótce wyruszysz w góry!

      Polubienie

  2. Chyba dawno nie miałam takich zmieszanych uczuć po przeczytaniu posta o Gruzji. Wszystko źle, a jednak się podobało :) Co do zapraszania ludzi do domu, to wydaje mi się, dzięki nagłośnieniu i rozreklamowaniu gościnność została przez turystów (przepraszam, podróżników) nadużyta i wykorzystana wiele razy jako darmowy sposób na poznanie kraju, który jest teraz bardzo popularny.

    Polubienie

  3. Mnie już do Gruzji nie trzeba przekonywać. Mam wysoko na liście. Musze tylko wrócić do Europy latem, a nie na Boże Narodzenie :) Mail dodaje do katalogu „ponownie przeczytać przed podróżą do Gruzji” :)

    Polubienie

  4. ja juz za póltora tygodnia bedę w Kazbegi i chlonę, chłone wszystkie wpisy. najbardziej sie cieszę, że żadne zdjęcia nie oddają tego jak wielkie i piękne są te gory i nie mogę się doczekać aż zobaczę (pod warunkiem, że będzie pogoda) je na wlasne oczy.
    no i niestety, jestem odkurzaczem jeśli chodzi o jedzenie na wyjazdach, ja trochę panikuję jak żyć, jak pojechac do gruzji i nie przytyć :(

    Polubienie

  5. Gdybym miał się jeszcze raz urodzić …bardzo bym chciał by była to Gruzja :) Wspaniały kraj i ludzie…byłem już trzy razy i po każdym razie tęsknię bardziej…
    Fajny opis wrażeń …pozdrawiam Autorkę :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s