Z sielanki do Mordoru. Spacer do Zbójnickiej Chaty

Powiem szczerze – szkoda mi urlopu na Tatry, preferuje jedno, dwu- dniówki. Tym razem jednak tak się złożyło, że w środku sezonu, pod koniec lipca musiałam wykorzystać calutki tydzień. Zamorskie podróże odpadły, więc wybór mógł być tyle jeden – Słowacja! Plany były ambitne – Rysy, Mała Wysoka, Tatry Bielskie. Plany szybko rozmyły się w deszczu przy huku piorunów. Znów dopadł mnie pech pogodowy ( jak na Azorach). Zamiast zdobywać szczyty, zwiedzałam słowackie schroniska i doliny. Mimo beznadziejnej pogody, udało mi się uszczknąć kilka godzin, kiedy miałam okazję podziwiać kiczowate piękno tatrzańskiego lata. Sielankę, która po kilku godzinach zamieniła się w Mordor. Zapraszam na spacer do Zbójnickiej Chaty. Czytaj dalej „Z sielanki do Mordoru. Spacer do Zbójnickiej Chaty”

Możliwość przyklejania wpisów

Niedoszły Puig d’en Galileu. Serra de Tramuntana poza szlakiem

Być może zauważyliście, że highlighty zostawiam sobie na koniec. Tak, żeby z przytupem zakończyć każdy wyjazd. Najczęściej kończy się tym, że zamiast następnego szczytu, zaliczam kolejny wycof. Czy się wkurzam, czy się martwię, czy jestem rozczarowana? Nie! Nie mam parcia na szkło ani w życiu, ani w korpo ani tym bardziej w górach. I wychodzę z założenia, że wszędzie można wrócić, poprawić. Podczas zeszłorocznego wyjazdu na Majorkę moim głównym celem miał być najwyższy dostępny dla wędrowców szczyt – Puig de Massanella. Chyba nie muszę pisać, jak się skończyło…Powiem więcej, tego dnia przeszłam sama siebie – ( nie) padły aż dwa szczyty. Brawo ja! Czytaj dalej „Niedoszły Puig d’en Galileu. Serra de Tramuntana poza szlakiem”

Gruzja – you’ll never walk alone. Dwa dni pod Kazbekiem

Zbiegałam w strugach deszczu z wyższej niż Kościelec góry, na której stoi słynny kościółek Cminda Sameba, z kudłatym psem przy nodze, a gdzieś wysoko nad moją głową i kaukaskimi czterotysięcznikami przetaczała się burza. Wreszcie dopadłam do pensjonatu, z bólem serca zatrzasnęłam psu bramę przed nosem i weszłam do ciepłej, ciemnej sieni pełniącej też funkcję living roomu.

-Kasiu, mamy złą wiadomość – usłyszałam od progu – nie ma wody….. F**ck, to ostatnie, co chce usłyszeć spocony, brudny człowiek po całym dniu w górach. Mina mi zrzedła

Wina też już nie ma. Napijesz się czaczy?  Cóż było robić…Z ciężkim sercem rzuciłam plecak, klapnęłam na fotel i patrzyłam, jak nowi znajomi leją mi do szklanki z butelki po coli przezroczysty płyn nieznanego pochodzenia. Wody nie ma, ale też jest zajebiście. Welcome to Kazbegi! Czytaj dalej „Gruzja – you’ll never walk alone. Dwa dni pod Kazbekiem”