Tłukę się po serpentynach zdezelowanym busikiem już piątą godzinę – upał, tradycyjna poprzyjazdowa migrena i ruskie discopolo. W takich warunkah człowiek zaczyna w końcu wpadać w katatonię. Bo co mu innego pozostało..? Aż tu nagle, wyjeżdżamy zza zakrętu i z lewej strony wyrasta w niebo ogromny,wręcz gigantyczny, szpiczasty szczyt. Aaaa – Uszba! widzieliście??? – budzę się z letargu, budząc równocześnie towarzyszy niedoli. Tak, to wtedy pierwszy raz ją zobaczyłam. Busik mknie dale,j a mi udaje się w ostatniej chwili uchwycić dziwną nazwę miejscowości ( a raczej gminy) – Becho. I już wiem, że muszę to miejsce odwiedzić.

Sobota. Czwarty, ostatni dzień w Swanetii. O 18 Polacy grają Bardzo Ważny Mecz ze Szwajcarami, a ja mam ostatnią szansę, żeby z bliska pokontemplować Uszbę. Plan jest taki – z Becho przejść przez góry do Mazeri ( patrząc na mapę wnioskuję, że mogą być zaj…widoki na moją ukochaną górę). Powrót do głównej drogi asfaltówką.
Z Mestii do Becho jest 16 km, więc żeby się tam dostać trzeba wsiąść w jakiegokolwiek busa jadącego w stronę cywilizacji, ja łapię marszrutkę dopiero o 8 rano ( błąd!). Za kilkunastokilometrowy odcinek kasują mnie 5 lari.
Wysiadam na rozstaju dróg, i jak to zwykle w nowym miejscu,stoję i zastanawiam się, w którą stronę iść. W tej samej chwili tuż obok mnie materializuje się facet w zdezelowanym samochodzie i zadaje tradycyjne pytania : co ja tu sama robię, gdzie idę, etc. Kiedy słyszy, że zamierzam „paguliat” do Mazeri przez góry ( to pokazuję już na migi), łapie się za głowę, a na jego twarzy maluje się przerażenie jakbym conajmniej chciała atakować solo zimowe K2. „Odin czieławiek???? Niet, niet!” Prawie krzyczy, a ja zaczynam się z lekka schizować – i zastanawiać, czy w lesie nie czają się niedźwiedzie, wilki, rozbójnicy.

I tak mój plan bierze w łep…z chwilą kiedy pan mówi, że on mnie do Mazeri zawiezie. Nie wierzę we własne szczęście, bo to oznacza, że będę mogła wrócić przez góry do głównej drogi ( miałam problem, jak po wycieczce dostanę się do Becho, a raczej jak będę się męczyć idąc 7 km asfaltem w upale). I słusznie, że nie wierzę – pan widząc na mojej twarzy radość i niedowierzanie, pokazuje znany na całym świecie znak – diengi/ kasa/ money.
Niestety, czasy, które opisuje w swojej książce Meller, gdzie turystę karmili i wozili za free minęły bezpowrotnie. Z drugiej strony – nie dziwię się, że człowiek chciał zarobić, kiedy nadarzyła się okazja. Ale 20 lari ( 40 zł) za 7 km to rozbój w biały dzień! Odwracam się na pięcie, kierując w stronę szlaku…i natychmiast cena spada. Za 10 lari od biedy mogę podjechać – cena jak za taksę w Krakowie. Podczas krótkiej jazdy pan udziela mi informacji turystycznej ( wodopady) i co jakiś czas prawie zachłystuje się z zachwytu ( cyt. Uszba, krasiwaja! Aa, aaa!) W końcu zostawia mnie obok metalowego krzyża i odjeżdża wznosząc za sobą tuman kurzu.

Watch out – jeśli zdarzy się Wam taka podwózka, radzę jechać dalej, aż do końca wioski – okazało się, że jeszcze ze 20 min muszę drałować nieco pod górę w upale, trzaskam zdjęcie za zdjęciem, a czas leci.Jestem na totalnym zadupiu – jeśli marzysz o zimnej coli, to w Mazeri jej nie znajdziesz, a Grand Hotel Uszba wygląda jak zakopiański pensjonat najgorszego sortu ( i nie wiem, czy w ogóle jest czynny).

Czas nadal mija mi na robieniu kolejnych zdjęć Uszbie ( w końcu z tej strony widzę ją pierwszy raz). Mam też krótki dylemat, czy aby nie iść w kierunku lodowca, ale a) nie chce mi się ( sic!) b) i tak nie zdążę. W końcu ruszam na szlak, który zaczyna sie po drugiej stronie rzeczki i idzie pośród zabudowań. Na mojej drodze pojawiają się świnie z dziwnymi ustrojstwami na głowach ( ciekawe, co na to Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami).
Idę, ale jakoś bez przekonania. Nie wiem, jak wygląda szlak i ile godzin dzieli mnie od głównej drogi…a tu przecież trzeba zdążyć na mecz ;-) Niepokój zasiany przez kierowcę kiełkuje i nie opuszcza mnie. Dodatkowo, zaczynam czuć w nogach zrobione w poprzednich dniach kilometry, a zwłaszcza wczorajszy spacerek do lodowca. W końcu nadchodzi chwila prawdy kiedy stwierdzam – pierd…to mają być wakacje, a nie męka. Nie idę! Odpocznę sobie za to na zielonej łące, która przypomina mi Wielką Polanę w Dolinie Małej Łąki.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam – zamiast biec z językiem na brodzie przez nieznane góry, posiedziałam sobie spokojnie i pokonteplowałam jakieś bezimienne czterotysięczniki wokoło.

Wbrew pozorom, wcale nie miałam tak dużo czasu – musicie bowiem pamiętać, że oprócz zejścia asfaltówką do Becho i głównej drogi, czekało mnie jeszcze łapanie stopa/ marszrutki ( uwaga : jakby mi ktoś powiedział rok temu, że będę łapać stopa w Gruzji to klasycznie postukałabym mu w czoło – przecież tam jest mega niebezpiecznie). Gdyby nie to, pewnie położyłabym się na tej soczyście zielonej trawie i gapiła na ośnieżone szczyty wokół mnie.

Mękę powrotu asfaltówką/ szutrówką można porównać do wątpliwej przyjemności zejścia asfaltem z Morskiego Oka. Z jedną różnicą – zamiast przeciskać się przez tłum, maszeruję zupełnie sama. Nie mija mnie ani jeden samochód ani żaden inny turysta, po drodze nie ma sklepu ani knajpy. Kwintesencja zadupia. Za to przed oczami przez 1,5 h widoki jak na załączonym obrazku.

Co jakiś czas mijam zabudowania i z tych nudów zaczynam się zastanawiać, jak tu się żyje. Na pewno dużo biedniej niż w mieście ( czy nawet na polskiej wsi), ale nie ulega wątpliwości, że o niebo spokojniej. Jestem chyba swego rodzaju atrakcją, bo dzieci machają do mnie z podwórek. Jakoś strasznie mnie to rozczula, choć jak wiecie dzieci nie lubię. Najgorszy jest nie asfalt, ale upał, który sprawia, że do głównej drogi dochodzę naprawdę wykończona. Czerwiec to jednak nie najlepszy czas na wędrówki. W tym momencie nawet się cieszę, że zmaterializował się Pan Kierowca, gdyby nie on, polazłabym przez te góry, umęczyła się, a potem to już nie wiem, jakbym wróciła do cywilizacji. Jak widać, na opcję stopa nie można za bardzo liczyć.

Stopa łapię w pięć minut, i już o 17 melduję się w knajpie pełnej…. Polaków i biało-czerwonych gadżetów. Od razu spotykam wesołe towarzystwo z Krakowa. Atmosfera jak na stadionie i integracja. Powiem tylko, że mają tam świetną czaczę laną w szklane flakony. Wychodzę z meczu, pijana zwycięstwem i domową winogronową wódką i zamiast iść się pakować, robię rundkę po Mestii w poszukiwaniu dobrych kadrów.

W słuchawkach Florence and the Machine na fulla i lśniąca w zachodzącym słońcu piramida Tetnuldi. Nie wiem, jak długo błąkam się po miasteczku, oszołomiona spektaklem jaki na koniec serwuje mi Mestia. Wystarczyły cztery dni, żebym zostawiła tu kawałek serca. Swanetia to dla mnie ucieleśnienie górskiego raju. Wrócę! I to jak najszybciej się da….
Tak kończy się moja swanecka przygoda. Uszguli, (prawie) jeziorka Koruldi, lodowiec Chlaadi – wykorzystałam ten czas na maxa. Ale prawdę mówiąc, gdyby nie pobukowane noclegi, olałabym cały plan, skoczyła tylko na 2-3 dni nad morze odsapnąć i wróciłabym do Mestii. Tak mi się spodobało! Ale jak mówią – lepszy niedosyt niż przesyt.
PS. Na drugi dzień melduję się przed ósmą rano na „dworcu”, gdzie okazuje się, że na moim bilecie jak byk jest napisane 7 ( w domyśle – godzina). Ups…! Jak widać szybko przyswoiłam sobie ideę Georgia Maybe Time. Pani dworcowa kiwa głową z politowaniem, choć specjalnie zdziwiona nie jest. Oczywiście bez żadnych problemów wsadza mnie w inną marszrutkę. Po prostu kocham Gruzję ;-)
PS.2 To koniec przygody, ale w zanadrzu mam jeszcze jeden wpis o Swanetii
PS.3. W ten piękny poranek okazuje się, ze po czaczy nie ma kaca :-D
Za publikację zdjęć jak pierwsze z Uszbą powinny być kary bo to istna udręka, takimi cudnymi widokami katować niewinnych, piękna jest :)
PolubieniePolubienie
hehe…a zdjecie słabiutkie jest, prześwietlone ( no bo pod słońce było), muszę jechać jeszcze raz, zrobić lepsze foty ;-) Popieram – jest przepiękna ;-)
PolubieniePolubienie
Teleporter poproszę natentychmiast. <3
PolubieniePolubione przez 1 osoba
też czekam aż ktoś wymyśli teleporter!
PolubieniePolubienie
Mmmmm Uszba…. Na dniach kupiłam swoją pierwszą mapę Kaukazu… Zobaczymy co się z tego wykluje w najbliższej przyszłości.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
jak już kiedyś pisałam – dopóki nie zobaczę Ama Dablam, Uszba będzie moją ulubioną górą ;-) ja mam zestaw map, i już zaczęłam powoli sprawdzać bilety na 2017 ;-)
PolubieniePolubienie
A jak najlepiej szukać, żeby były w rozsądnej cenie? Wiem tylko o Locie i Wizzair jeżeli chodzi o bezpośrednie loty z Polski…
PolubieniePolubienie
Lot drogi, lepszy Wizzair…Jak szukać? Ja szukałam przez program Azuon, ale jak się chce w góry to wiadomo, że pogoda razej dyktuje termin wyjazdu ( ponoć sierpień najstabilniejszy). No trzeba sprawdzać non stop ;-) Ja zapłaciłam 400 z dużym podręcznym, ale ludzie, których poznałam mniej płacili ;-)
PolubieniePolubienie
Duży podręczny, to bagaż rejestrowany? Czytałam ostatnio jak to jest z przewożeniem namiotu w podręcznym bagażu i raczej jest to niemożliwe bądź bardzo ryzykowne, że namiot zostanie na lotnisku i nie poleci ;)
PolubieniePolubienie
w Wizzairze jest inaczej niż w Ryanairze. Mały podręczny wielkości laptopa jest za free, za duży ( czyli standardowy) trzeba dopłacić jakieś 10 euro za odcinek. Jak się leci w kilka osób lepiej wziąć rejestrowany 32 kg i wspólnie się spakować. Ba niektórzy dwa duże plecaki łączą ;-)
PolubieniePolubienie
Boże jakie cudowne zdjęcia, jakie miejsca, co za przygoda. Niesamowite ujęcia. Kocham góry. Wspaniały blog. Pozdrawiam i zapraszam do siebie
PolubieniePolubienie
Na przelomie kwietnia maja planuje swoja trzecia podroz do Gruzji . Tym razem bedzie to tydzien w Swanetii . Mam nadzieje ze uda sie troche powloczyc po gorach Pozdrawiam i wielkie dzieki za rewelacyjny tekst
PolubieniePolubienie
dzięki ;-) mam nadzieję, że śnieg Ci nie straszny – jeszcze pod koniec czerwca było sporo, dlatego następnym razem planuję jednak bardziej w okoliach następnej jesieni
PolubieniePolubienie
Możesz powiedzieć gdzie byłaś nad morzem? I jak było?
Pozdrawiam
PolubieniePolubienie
Aniu, w Gruzji nie byłam nad morzem ;-), ale słyszałam, że fajnie jest w Gonio
PolubieniePolubienie