Kiedy szczęśliwie skończyłam projekt „12 miesięcy w Tatrach” jakoś zabrakło motywacji, żeby jeździć tam non stop. Styczeń, dwa lajtowe wypady w lutym, potem długo, długo nic. Nie tęskniłam, może trochę przedawkowałam Tatry w 2016. Dodatkowo tuż przed majówką walnęło śniegiem i wyskoczyła lawinowa czwórka. Perspektywa wędrówek w letnich warunkach niebezpiecznie się oddaliła. Za to nieubłaganie zaczął się zbliżać wyjazd w Pireneje, dlatego nie było wyjścia – stwierdziłam, że w maju muszę wreszcie ruszyć na szlak i podreperować kondycję.

W zamierzchłych czasach, kiedy w Tatry jeździłam od wielkiego święta, myślałam, że nie zaczyna się górskich wycieczek przed rozpoczęciem lata. Tak, wiem, głupia byłam. Dziś śmiem twierdzić, że maj/ wczesny czerwiec to oprócz jesieni najlepszy czas, żeby wybrać się w Tatry. Uściślając – w Tatry Zachodnie, w Wysokichjest jeszcze sporo śniegu i warunki nie do końca komfortowe ( dla takich zimowych laików jak ja). Maj to wciąż martwy sezon, tylko(!) 80 % noclegów pobukowanych, umiarkowany korek na Zakopiance, na szlakach dość pusto, temperatura idealna do wędrowania ( 10-15 °C).

Wreszcie – jeśli zależy Wam na dobrych fotach, nie bez znaczenia jest fakt, że właśnie w maju trafiłam na najlepszy warun. Wiosenne, dynamiczne, co chwila zmieniające się niebo z bardzo fotogenicznymi chmurkami, to coś co foto-fanatycy lubią najbardziej. Jest tylko jedno ALE – wiosenne burze. Wystarczy jednak sprawdzić porządną prognozę pogody przed wyjazdem, no i oczywiście w trakcie wycieczki obserwować, czy na niebie nie tworzy się coś niedobrego. Mnie dzieki Bogu omijały szerokim łukiem.
Trzydniowiański Wierch
Pierwsza majowa wycieczka i najłatwiejszy cel w rejonie Doliny Chochołowskiej ( zaraz po Grzesiu, na który nie chciało mi się iść czwarty raz w przeciągu roku). Tym razem dla odmiany wyruszyłam z koleżanką Olą, która z reguły narzuca ostre tempo, dlatego na szczycie stanęłyśmy po trzech godzinach od wyjścia z parkingu na Siwej Polanie. Łatwo nie było – przedzierałyśmy się przez błoto, potoki i powalone drzewa. Pierwszy raz poczułam się w Tatrach nie jak w uładzonym parku narodowym, tylko jak w dziczy. Tak się pewnie chodziło po Tatrach, zanim wyznaczyli szlaki i wybudowali kamienne chodniki…To dopiero musiała być zabawa.

Na szlaku spotkałyśmy zaledwie kilka osób, na szczycie też tłumów nie było. Uroki majowych Tatr Zachodnich. Popas i sesja zdjęciowa trwały jakąś godzinę, potem zejście dość stromym i sypkim szlakiem do schroniska na Polanie Chochołowskiej.

Ścieżka tylko przez pierwsze pół godziny jest upierdliwa, potem robi się bardzo przyjemnie i sielankowo ( choć pewnie, jakbym była sama to obawiałabym się, że na takim pustym szlaku mogę spotkać niedźwiedzia). Szybki browar w schronie i równie szybki marsz na busa. W Szwagropolu siedziałyśmy już o 17.

Dupy nie urwało, choć zdjęcia wyszły zacne. Obiecałam sobie, że szybko nie wrócę na zdewastowany czerwony szlak ( jeszcze nie wiedziałam, ze zjawię się tam już za trzy tygodnie)
Czas przejścia: 7,5 h
Dystans : 23 km
Czerwone Wierchy
Pojechałam w Tatry na dwa dni i pierwotny plan zakładał zrobienie dwóch długich szlaków. W sobotę nie chciało mi się wstać i do Kuźnic dotarłam na 12.30, więc nawiedziłam tylko moje ulubione miejsce w Tatrach czyli Halę Gąsienicową. Nie zdążyłam nawet na Karb, posnułam się po dolinie, znalazłam fajną miejscówkę na leżakowanie – generalnie chillout.

Drugiego dnia na drodze do szczęścia i spełnienia ambitych planów stanęło….śniadanie ( serwowane od 7.30). Skoro jest wliczone to grzech nie zjeść, a poza tym – umordowana byłam po korpo-tygodniu, nie miałam siły żeby zrywać się z łóżka o świcie. Zanim się wybrałam na szlak, była 9. Nie pozostało mi nic innego, jak Czerwone Wierchy – szlak dość krótki, trochę męczący i bardzo widokowy. A pomyśleć, że kilka lat temu myślałam, że to mega wyrypa.

Tym razem podchodziłam od Kuźnic i to był dobry wybór. Podejście nie tylko szybsze, ale i dużo mniej wykańczające psychicznie niż czerwony, dłuuugi szlak od Kościeliskiej. Raz dwa, Kondratowa ( gdzie spotkałam dwie znajome Kasie), potem trochę zakosów na przełęcz, ostatnia „prosta” i jak zwykle zatłoczona, ale z niezmiennie piękną panoramą – Kopa Kondracka.
Nie ukrywam, że kiedy człowiek stoi na Kopie i patrzy na podejście na Małołączniaka, to mówiąc łagodnie – niespecjalnie chce się tam iść. Zmusiłam się. Nie żałuję.

Im było później, tym więcej fotogenicznych chmurek pojawiało się na nudnym początkowo błękitny niebie. Było ciepło i bezwietrznie ( rzadkość na Czerwonych Wierchach). Czas mnie gonił, dlatego nie zatrzymywałam się już na kolejnych szczytach ( jadąc na tradycyjnym zestawie baton energetyczny plus powerade).

Do Kościeliskiej zbiegłam z Ciemniaka w dwie godziny, poganiała mnie nie tylko wizja korka na Zakopiance, ale i palące słońce ( zapomniałam kapelusza i czułam się jak wampir, ktoremu promienie słoneczne wypalają mózg). Szlak niby krótki, ale wytyrałam się. Mogłam wracać do domu.
Czas przejścia: 8 h 20 min
Dystans: 17,5 km
Starorobociański i s-ka
Last but not least… To była najfajnejsza wiosenna wycieczka i być może poświęcę jej osobny artykuł. Nie rozumiałam, jak można się zachwycać Zachodnimi. Długie podejścia przez doliny, potem nudna wędrówka przez las, wreszcie łagodne trawiaste, mało spektakularne szczyty.

Miałam dobry czas, całkiem niezłą formę i rewelacyjną pogodę, a mimo to, kiedy zobaczyłam mało zachęcające cielsko Starorobociańskiego, miałam ochotę poleżeć na zielonym grzbiecie Ornaku, zamiast gnać z językiem na brodzie przez kolejne szczyty. Pomyślałam, że podejdę kawałek, raz się żyje, najwyżej zawrócę. Tego dnia nie miałam już okazji usiąść ani na chwię, aż do momentu, kiedy po pięciu godzinach dowlokłam się do busa na Siwej Polanie. Tego dnia, po raz pierwszy od wielu miesięcy poczułam wzruszenie, jakie dawniej często towarzyszyło mi w wycieczkach po Tatrach. Myślałam, że to uczucie już nie wróci. A jednak…

Czas przejścia: 11h
Dystans: 28 km
Jak się pewnie domyślacie – aktualnie napaliłam się na Tatry Zachodnie. Taki trochę nowy wspaniały świat. Brakuje mi jeszcze do portfolio odcinka Rakoń – Wołowiec- Jarząbczy, potem bedę mogła się przenieść na Słowację. Miałam obawy, że Tatry trochę mi się znudziły, ale późno-wiosenne wycieczki potwierdziły, że nadal mają to COŚ. Stara miłość nie rdzewieje. Czasem po prostu warto zrobić sobie przerwę, albo spróbować czegoś nowego.
To zdjęcie z Gąsienicowej jest super :D A Zachodnie są fajne, tylko trzeba do niech po prostu inaczej podejść :)
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Mateusz, jak Ty mówisz, że super, to jest mega komplement ;-)
PolubieniePolubienie
No super! Zwłaszcza kadr jest taki świeży, w natłoku tych samych oklepanych ujęć, których i ja mam pełno :P
PolubieniePolubienie
Piekne znajome widoki, no i gratuluje formy, :)
PolubieniePolubienie
Dzięki, choć mogłaby być lepsza ;-)
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Fantastyczne zdjecia! Tylko pozazdroscic!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dzięki, na pewno pomogły dobre warunki ;-)
PolubieniePolubienie
Jak zwykle przepiękne zdjęcia – aż się serce raduje :-)
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dzięki, to nie moja zasługa tylko fotogenicznej pogody :-)
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dobra, dobra – moje takie nie wychodzą :-)
PolubieniePolubienie
Przepiękne ujęcia. Uwielbiam oglądać takie zdjęcia. Szczególnie z gór :) Pozdrawiam serdecznie. Życzę pięknych wakacji
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dziękuję :-)
PolubieniePolubienie
„Czasem po prostu warto zrobić sobie przerwę, albo spróbować czegoś nowego”. Też miałam w pewnym momencie przesyt Tatrami i naprawdę nie chciałam tam jechać… Głównie z powodu tej otoczki związanej z dojazdem.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No! Nie wolno przesadzć ;-) W tej chwili siedzę i myślę, czy jutro jechać, trochę mi się nie chce….może to właśnie znak, żeby nie jechać. Bo już było parę takich dni, że wybrałam się bez przekonania i potem byłam cały dzień zblazowana ;)
PolubieniePolubienie
Nawet nie wiesz jaka to radość – obejrzeć takie zdjęcia i poczytać o miejscach, które się zna i lubi (Tatry Zachodnie są spoko – proszę tu nie siać zamętu ;) siedząc w szarej nizinnej Belgii :) Przeczytałam z uśmiechem na gębie i teraz chce mi się w Tatry. Może być i w maju.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Nawet nie wiesz jak mi miło :-P Nizin współczuję.
PolubieniePolubienie
Kasia, wlaśnie mi wjechałaś na sumienie, bo nie miałam Tatr w tym roku i urlop mam poplanowany do ustawowych granic, a tu takie piękne rzeczy ;) A najgorzej, ze nawet jeśli by mi się udało, to tylko w lipcu, a w lipcu to wiadomo… Ale pięknie, na wszystkich szlakach!
PolubieniePolubienie
Oj, nawet mi nie mów o Tatrach w lipcu ;-)
PolubieniePolubienie
Ale – może Zachodnie Słowackie? Tam jest pusto
PolubieniePolubienie