Rok niezdobytych szczytów i spełnionych marzeń. Górskie podsumowanie 2016

Tatry, Kaukaz,Mała Fatra, burze, niezdobyte szczyty, oswajanie zimy, spełnione marzenia i nowe górskie znajomości. Tak zapamiętam ten rok. Ostatnie dwanaście miesięcy było bardzo słabe, jeśli chodzi o wypady na Południe w poszukiwaniu słońca; za to, a może właśnie dlatego – rekordowe pod względem kilometrów zrobionych na szlaku. Powód? Zdecydowałam się po 8 latach zwolnić się z pracy, która strasznie mnie stresowała,  więc do końca lipca wykorzystałam tyle dni urlopu, ile mi się należało ( Majorka, Gruzja i ŚDM Ewakuacja). Za to później, w nowej pracy, wiadomo było, że nikt mi nie da od razu wolnego. Zamiast, jak co roku we wrześniu, smażyć się na greckim albo kanaryjskim słońcu, siedziałam w szklanym klimatyzowanym biurowcu tęsknie spoglądając za okno.

Wielka Rakuska Czuba szlak
kto nie ma urlopu, temu zostają weekendy w Tatrach

I pierwszy raz od lat miałam wszystkie jesienne weekendy wolne, żeby jeździć w Tatry! Nic nie mogło mi stanąć na przeszkodzie ( oprócz zdrowia, ale to odpukać dopisywało – nigdy nie miałam takiej dobrej kondycji, jak jesienią tego roku). Dlatego, mimo skromnej listy odwiedzonych miejsc, wiem,  że nie zmarnowałam tych dwunastu miesięcy. To był bardzo dobry rok i inny niż zwykle. Podsumowanie też będzie zupełnie inne niż w zeszłym roku.

Projekt 12 miesięcy w Tatrach

Rok temu jakaś dziewczyna wkleiła na jedną z fejsbukowych grup kolaż zdjęć z każdego miesiąca w Tatrach. Pomyślałam, że to musiało być bardzo trudne. Mimo to postanowiłam spróbować.  Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Nie wyobrażacie sobie, jaka to była presja, zwłaszcza pod koniec ;-) Udało mi się!

Byłam w Tatrach w każdym miesiącu kalendarzowym co najmniej raz,  doszło do tego, że na dworcu w Zakopanem bywałam częściej niż na krakowskim Rynku. Fajnie było patrzeć, jak w ciągu roku zmieniają się moje góry. Niby nic, a wielka satysfakcja. Być może w 2017 to powtórzę, ale już bez ciśnienia. W sumie – 19 wyjazdów i 26 dni na tatrzańskich szlakach. Satysfakcja, że wreszcie coś udało mi się doprowadzić do końca – bezcenna.

Kolejki czyli jak zostałam burżujem

Zaczęło się niewinnie – zjechałam z Kasprowego, w pewnien marcowy, strasznie zimny dzień. Potem poszło już z górki. Do niedawna z politowaniem, żeby nie powiedzieć z pogardą patrzyłam na ludzi, którzy zamiast dreptać pod góry, wjeżdżają tam w 10 minut. W tym roku wjeżdżałam na Chopok, Chleb, Kasprowy, a nawet na Hrebienok. Chyba w myśl zasady, że czasem lepiej wydać trochę kasy, za to zaoszczędzić dużo czasu i sił.

IF
do tego wagonika bym raczej nie wsiadła ;-)

 

Jak walczyłam z wewnętrznym alienem

Jestem alienem, odludkiem i nade wszystko kocham samotne wędrówki. W tym roku jednak pobiłam swój prywatny rekord w ilości wycieczek, na które wybrałam się w towarzystwie innych ludzi. Było to dla mnie tak duże wyzwanie, jak dla niektórych samotna podróż albo wyjście na szlak. Stwierdzam, że czasem warto się posocjalizować, jest weselej, bezpieczniej, wygodniej i co ważne – wreszcie jestem na jakichś zdjęciach ;-). Mimo to, najbardziej przeżywam góry, kiedy jestem sama. Być może dlatego, że kiedy idę ze znajomymi buzia mi się nie zamyka ;-). Dzięki, że byliście ze mną ( i mam nadzieję, że nie będziecie kazali usunąć tych zdjęć,hehe)!

W lipcu miałam okazję poznać innych górsko zwariowanych ludzi na pierwszym zlocie blogerów górskich w Radomiu, później nie raz zdarzało nam się mijać na szlakach.

 

Zaglądam reguralnie na wiele blogów, ale nie ulega wątpliwości, że mam dwa ulubione; a dziewczyny ( Wieczna Tułaczka i Ruda z wyboru ) są dla mnie guru, jeśli chodzi o pisanie i górskie wyrypy. Poznać swoich górsko-blogowych guru, wypić z nimi browara, a nawet iść w góry? Tego się nie spodziewałam po 2016 roku, a jednak zdarzyło się! Dziewczyny, nie śmiejcie się, jeśli to czytacie :-)

Mogło być jeszcze lepiej, ale niestety – nasze plany wrześniowego spotkania gdzieś między Piątką a Murowańcem pokrzyżowała fatalna pogoda. Może jeszcze kiedyś się uda.

Spełnione marzenia

Kiedyś pisałam o tym, jak się spełnia marzenia, że wbrew pozorom wcale nie jest to takie trudne. W tym roku kilka udało mi się urzeczywistnić. Rozświetlony porannym słońcem Kazbek i groźna Uszba – po tym jak zobaczyłam pięciotysięczniki Kaukazu nic już nie będzie takie samo.( Mam obawy, że tylko Ama Dablam może przebić to, co zobaczyłam w Gruzji)

IF
Kazbek
Uszba Swanetia trekking
pod Uszbą

Zielone, sielankowe wzgórza Małej Fatry, wschód słońca nad Morskim Okiem, kilka miejsc w Tatrach, gdzie przez lata nie mogłam dotrzeć, a w tym roku się udało.

 

Niezdobyte szczyty i wycofy

Żeby nie było tak różowo – w tym roku przeszłam samą siebie w ilości szczytów, na które nie weszłam, bo mi się nie chciało, niedokończonych szlaków, pogrzebanych przez pogodę planów. W Gruzji przez upał i burze, nie skończyłam żadnego szlaku, tak jak planowałam, podobnie było podczas lipcowego wyjazdu w Tatry Słowackie – nie padł żaden szczyt, bo codziennie około południa była burza.

Nie ma co jednak zwalać wszystkiego na zjawiska atmosferyczne, trzeba popatrzeć prawdzie w oczy – jestem leniem i nie mam ciśnienia na wyniki. Nie weszłam na Szpiglasowy Wierch, bo byłam niewyspana po nocce na glebie w Moku i po prostu mi się nie chciało; podobnie było z Wołowcem – po co miałam tam iść, skoro schował się w chmurze? I tak nic nie byłoby widać. Ile razy w tym roku z tego samego powodu olałam Kopę Kondtracką – nie liczę.

Higlightem wyjazdu na Majorkę miał być Puig de Masanella, trąbiłam o tym na fejsie przez kilka dni. Tymczasem – autobus był full i mnie nie zabrał ( jest chyba 1% prawdopodobieństwa, żeby się to zdarzyło, a jednak…), łapanie stopa opóźniło wyjście na szlak o 1,5 h i po prostu brakło czasu. Czy się wkurzyłam? Odrobinę, ale błyskawicznie zdecydowałam się na inny cel – Puig d’Galileu, którego ostatecznie też nie zdobyłam. Zamiast tego wdrapałam się na inną, bezimienną górkę poza szlakiem. Czasem sobie myślę, że lubię takie sytuacje – jest dodatkowa motywacja, żeby gdzieś wrócić.

Majorka szlaki
ten po prawej to Puig d’Galileu, który olałam ;-)

Niezdobyte tatrzańskie szczyty miały paść w październiku, bo przybywała koleżanka ze Szkocji, a ja bardzo sobie wzięłam do serca rolę przewodnika. Nocleg na Słowacji był już zabukowany, a plan ustalony co do dnia. Tymczasem, w ciągu tygodnia warunki z letnich zmieniły się na zimowe.

Hala Gąsienicowa szlak
tu gdzies powinny by góry

Zamiast Rysów i Małej Wysokiej, zdobyłyśmy Kasprowy i Nosal, a warunki były jak widać na załączonym obrazku. Wnioski nasuwają się same – planowanie w górach nie do końca ma sens ;-)

Oswajanie zimy

Wszędzie trąbią, że trzeba wychodzić ze strefy komfortu. Więc spakowałam plecak i wyszłam. Dla mnie opuszczenie tej strefy to po prostu wyjście z domu kiedy temperatura spada poniżej zera, a na szlakach zalega śnieg. Jak ja się panicznie bałam tego śniegu i zimna! Okazało się, że zima nie jest taka straszna, kiedy świeci słońce potrafi być przepiękna, na szlakach jest pusto i spokojnie. Cisza zupełnie inna niż latem.

A jednocześnie – zimą męczę się dwa razy bardziej, a stopy odmarzają mi już w Szwagropolu. Zaliczyłam większość tatrzańskich pagórów i teraz mam problem, bo już za bardzo nie mam  gdzie iść –  skończyły mi się łatwe szlaki dla zimowych laików. Chyba zostają Beskidy…. Bardzo się cieszę, że się zmusiłam i spróbowałam, bo w tym roku pierwszy raz nie patrzę z obrzydzeniem na śnieg, a zima nie nastraja mnie depresyjnie.


 

W mijającym roku zrobiłam w górach 580 km i spędziłam na szlaku w sumie 39 dni. Gdyby nie ścigające mnie burze i lenistwo, mogłoby być dużo lepiej. Ale przecież po górach nie chodzi się na akord – to ma być przyjemność. Nie chce mi się, to nie idę dalej; nie mam siły wstać przed świtem, to nie jadę w góry, tylko śpię do oporu. Nic na siłę. Kiedy piszę te słowa, w ostatni dzień roku, w Tatrach jest pogoda żyleta, a ja miałam tam być, na jakimś lajtowym spacerku.  Zostałam w domu, przeraziła mnie perspektywa sylwestrowych korków na Zakopiance. Góry nie uciekną i mam nadzieję, że w nadchodzącym roku będą dla mnie równie łaskawe, jak dotychczas. Samej sobie życzę przede wszystkim zdrowia, siły i odwagi do spełniania górskich marzeń. Wam – tego samego i jeszcze :

  • dobrych promocji w Ryanairze
  • żeby zawsze świeciło słońce
  • żeby omijały was burze i głodne niedźwiedzie
  • wygodnych butów i lekkich plecaków
  • idealnego warunu do zdjęć
  • małych korków na Zakopiance
  • wesołego towarzystwa na na szlaku
  • spokoju i wyciszenia w górach
  • last but not least – tyle samo powrotów, co wyjść

May the Force be with you!

 

PS. Podczas pisania tego posta zrobiło mi się strasznie szkoda, że nie witam Nowego Roku w Tatrach. Może za rok!

 

 

 

14 uwag do wpisu “Rok niezdobytych szczytów i spełnionych marzeń. Górskie podsumowanie 2016

  1. Bardzo fajne podsumowanie :) Zazdroszczę przede wszystkim Gruzji, marzę o niej od dawna… I tych 12 miesięcy w Tatrach :) Co roku mam taki plan ale chyba nie udało się ani razu (muszę sprawdzić z ciekawości). Życzę realizacji wszystkich planów na 2017! Pozdrawiam :)

    Lubię to

    1. Cześć! Dzięki ;-) Wiesz, myślałam, że ten rok będzie byle jaki, ze względu na zmianę pracy, ale jednak udało mi się z niego dużo wycisnąć. A Gruzja…? Jak się tam raz pojedzie, to człowiek chce wracać. Ja Ci życzę właśnie tej Gruzji, no i może żeby się kiedyś udało jeszcze spotkać na szlaku ;-)

      Lubię to

  2. Nie wpomniałaś, że gościłaś jedno guru u siebie na chacie! Niejeden „psychofan” by Ci pozazdrościł. ;)
    A tak na poważnie, miniony rok przyniósł wiele przełamań, także jestem pewna, iż 2017 będzie jeszcze lepszy! Może jakiś wspólny biwaczek na Rysach? :D

    Lubię to

    1. Wiesz nie chciałam takich tajemnic zdradzać ;-) ale browar był w knajpie nad rzeczką, którą tak na marginesie zamknęli. Magda, przecież ja na Rysy nie wejdę od PL :-D Ale i tak jakiś sprzęt biwakowy muszę zakupić, bo noclegi w Pirenejach mega drogie ;-) Zobaczymy… Ja na wyjazd w Tatry zawsze jestem chętna, ale jak się domyślasz, nie wszędzie dam radę… :-P

      Lubię to

      1. Kocham widoki górskie, kocham chyba tak jak Ty bycie na szlaku, jednak już nie na trudnych a raczej takich dla laika letniego. Nie jestem kozicą górską i mam problem ze stawem kolanowym :( i takie tam jeszcze. Jednak Tatry od Słowackiej strony zeszłam i mam piękne wspomnienia do dziś. Bardzo ale to baaardzo, zawsze i wszędzie polecam zdobycie o świcie Rys od Słowackiej strony , a więc z noclegiem w schronisku pod. Wiem, że tam łatwiej ale dla mnie to nic, bo było pięknie i wystarczyło by mnie wzruszyć. Bardzo Ci gratuluję tego roku i wszystkich dotychczasowych wypraw. Realizujesz moje marzenia ;) i masz odwagę której mi brakowało i wciąż brakuje. Masz rację, że do spełniania marzeń potrzeba przede wszystkim decyzji i ruszenia w drogę, a więc więcej odwagi mniej lenistwa i jeszcze mniej potrzeba pieniędzy. Ja zaczęłam przełamywać się i zebrałam się w sobie jakieś dwa lata temu. Wynik raptem 7 krajów, w tym 2 wyspy i kilka od dawna odkładanych miejsc w Polsce. W samym ubiegłym roku 8 wypadów „poza dom” poza strefę własnego komfortu. Dla takich TUZ jak wy, to nic. Dla mnie to zmiana stylu życia o 360 stopni i to po 40.stce. Dzięki takim osobom jak Ty, waszym blogom, relacjom z wypraw. Takich zwyczajnych ludzi, mających pracę, dom i wszystko to co powoduje, że człowiekowi się wydaje, że on nie ma kiedy realizować tych swoich marzeń np. właśnie o podróżowaniu. No i przecież brak odwagi, bo nie chodzi by pojechać na All i siedzieć przy basenie czy na plaży. A więc dziękuję i życzę, by jak najczęściej móc powiedzieć „w drogę” :)

        Lubię to

      2. Dziękuję bardzo za komentarz! Nawet nie wiesz, jak mi miło, że kogoś mogę zainspirować, w sumie to jeden z powodów dla którego pisze tego bloga. Wbrew pozorom – ja jestem dość bojaźliwa i też mi trudno wyjść poza strefę komfortu. Teraz np martwię się jak to będzie w Pirenejach ;-) A jak się na początku bałam do Gruzji jechać. Aktualnie boję się jechać sama w Himalaje ale też iść na Zawrat czy Czerwoną Ławkę. Tatry Słowackie dużo bardziej lubię niż polskie. Fajnie, że się zdecydowałaś wyruszyć i życzę jak najwięcej wyjazdów!

        Lubię to

  3. Rozumiem Cię, też mam na koncie parę wycofów, ale wiesz co? Ważne są te hwile, które zostaną w sercu. Ważni są ludzie, którzy Ci pomogli wyciągnęli ze szczeliny. Ważne jest to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i że zawsze możesz tu znowu powrócić. Ważne jest to, że gdy powrócisz na niziny, będziesz miała siły do walki z codziennością. Super blog, pozdrawiam, Agata wegedroga.blogspot.com

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s